Luvos maseczka delikatnie peelingująca

Jestem  fanką maseczek wszelakich. Nigdy nie zdarzyła mi się sytuacja żeby w łazience nie było jakiejkolwiek maseczki. One zawsze są - w saszetkach, tubkach, firm znanych i mniej znanych. Mam swoje ulubione maseczki, ale z przyjemnością (choć i lekką obawą) nakładam na swą kapryśną twarz nowe papki. O kosmetykach LUVOS pierwszy raz usłyszałam na wakacyjnym spotkaniu blogerke ( relacja ) tam też otrzymałam   2 maseczki. Pierwszą, którą nałożyłam była maseczka łagodnie peelingująca z olejem z pestek brzoskwini
 kilka słów producenta:
 Skład:
 Moja opinia:

Maseczka nie jest zła, ale moim ulubieńcem nie zostanie. Dlaczego ? Dowiecie się za chwilkę ;)
Jej konsystencja jest jak najbardziej "maseczkowa", czyli kremowa, gęsta o delikatnym chemicznym zapachu. Maseczka Luvos jest maseczką  glinkową, ale w przeciwieństwie do innych tego typu masek nie zasycha dzięki czemu nie  mamy  wrażenie  tzw. "gipsu na twarzy" ;p   Maseczka ma lekko żółty, w sumie brzoskwiniowy kolor. Łatwo się ją aplikuje, a po 15 minutach dość szybko  zmywa. Ja do zmycia użyłam małej gąbki dzięki czemu zmycie naprawdę poszło sprawnie ;)

Po zmyciu maseczki twarz była uspokojona, matowa, oczyszczona. Pory skóry były lekko zwężone. Twarz wyglądała zdrowo i co najważniejsze nie była uczucia ściągnięta. Maseczkę nałożyłam wieczorem i wtedy byłam naprawdę zadowolona z efektu, niestety rano gdy spojrzałam w lustro już tak pięknie nie było. Na twarzy pojawiło się kilka czerwonych, dość dużych nieprzyjaciół. Raczej nie był to efekt dogłębnego oczyszczenia, a zapchania (tak mi się wydaje). Nie byłam zadowolona oj nie byłam tym bardziej, że te paskudztwa okropnie bolały ;/
Cena maseczki Luvos nie należy do niskich - za 2 saszetki o pojemności 7,5 ml zapłacimy ok 7 zł. Zarówno cena jak i niezadowolenie z działanie tej maseczki sprawiły, że nie skuszę się na ponowny zakup.

Macie doświadczenie z maseczkami Luvos ?

PS Jutro wybieram się na spotkanie blogerek w Sosnowcu tak więc denko z sierpnia pojawi się na początku września ;) Życzę Wam uroczej soboty ;*

Himalaya krem kojąco-osłaniający

Moja walka z trądzikiem trwa. Tegoroczne wakacje nie były łaskawe dla mojej cery. Upały, duża wilgotność, a także huśtawka hormonalna sprawiły, że moja twarz wyglądała jak po kontakcie z 1000 os ;/
Jednym słowem cała moja twarz była wielkim stanem zapalnym. Nie tyle doskwierały mi ropne wypryski ile duże, czerwone, bolące wypukłości, które tygodniami "zdobiły" moją twarz.
Bardzo pomocny w tym czasie był krem kojąco - osłaniający Himalaya.
 Mnie krem ten pomógł, ale wiem, że wiele osób zawiodło się na nim.
Ale zacznijmy od początku. Posiadaczką tego kremu stałam się przez czysty przypadek. Pewnego dnia wybrałam się na zakupy do Intermarche gdzie odkryłam szafę kosmetyków Himalaya. Sama firma mało mi znana choć naczytałam się wiele dobrego o jej kosmetykach. Krem kosztował 4,99 zł co prawda jego skład pozostawiał wiele do życzenia, ale wiedziałam, że bardziej sobie nie zaszkodzę.
Producent obiecuje:
 Tak, w składzie jest wiele niedobrych składników: parafina, parabeny i wiele innych substancji, których tak naprawdę nie powinno być w kosmetykach antyseptycznych, a już użycie tego produktu do cery trądzikowej to grzech ciężki. Mimo tych wszystkich ostrzeżeń zaryzykowałam i nałożyłam ten krem punktowo na wszystkie paskudztwa. Efekt mile mnie zaskoczył!
Krem nałożyłam wieczorem jego konsystencja jest gęsta, ale nie tłusta. Po nałożeniu dość szybko się wchłonął. Krem nie bieli twarzy. Ma charakterystyczny, słodki zapach, który dla mojego nosa jest bardzo przyjemny ;)
Rano moja twarz była ukojona, wszystkie stany zapalne co prawda nadal były, ale już nie były tak zaognione. Krem ten przyspieszył suszenie niedoskonałości i ogólnie łagodził wypryski. Dla mnie okazał się strzałem w 10. Krem nakładałam często na noc, ale nie robiłam tego codziennie.  W międzyczasie moja mama podczas prac w ogródku rozcięła dłoń i ten krem bardzo jej pomógł ponieważ wygoił rany w przeciągu 5 dni!
W sumie zużyłam już 2 opakowania, a 2 kolejne zamówiłam w DOZ ;)

Podsumowując: Mimo wielu negatywnych opinii w necie ten krem jest moim wakacyjnym odkryciem. Mimo dość podejrzanego składu pomógł mi w ukojeniu mojej trądzikowej skóry przyczynił się również do szybszego gojenia ran i niedoskonałości. Mimo, że w składzie znajdziemy parafinę nie zapchał mnie. Stosuję  go kilka razy w tygodniu nakładam punktowo wieczorem. Rano skóra jest uspokojona, a stany zapalne są mniej zaognione.

Czy macie doświadczenie z kosmetykami HIMALAYA ?


Niebieskie rzęsy - Turbo Boost x5 Extreme blue Flormar

Stało się! Za kilka dni skończy się ostatni miesiąc wakacji ;)
Dlatego dzisiaj chce pokazać Wam mojego makijażowego ulubieńca, który gościł na moich rzęsach codziennie. W sierpniu pierwsze skrzypce w moim wakacyjnym makijażu grał niebieski tusz Turbo Boost x5 Extreme Blue FLORMAR
Tusz otrzymałam na spotkaniu blogerek w Katowicach ( relacja) i przyznam, że zakochałam się w  nim od pierwszego otwarcia.
Za co go pokochałam ? Zwłaszcza za kolor! Rzadko mam kolorowe rzęsy choć pamiętam, że swego czasu regularnie kupowałam śliwkowy tusz z oriflame. Jednak niebieskie rzęsy miałam pierwszy raz w życiu.
Sam tusz - jego szczoteczka i działanie są dość zwyczajne. Opakowanie jest solidne, szczoteczka klasyczna nic specjalnego. Wg producenta tusz Turbo Boost x5 zapewnia pięciokrotne pogrubienie rzęs
dzięki swojej kremowej konsystencji. Nadaje rzęsom mocny
i zdrowy wygląd dzięki zastosowaniu panthenolu i ekstraktu
ze słodkich migdałów.
 Według mnie tusz ten ma dość dziwną (na pewno nie kremową) konsystencje. Moim zdaniem tusz  jest suchy, ale nie osypuje się, a malowanie nie sprawia problemu. Jeśli chodzi o działanie to oprócz intensywnego niebieskiego koloru rzęsy są wydłużone i lekko pogrubione. Na pewno nie jest to pogrubienie pięciokrotne! Dla mnie ogromnym plusem jest to, że tusz mimo upałów nie odbija się, nie spływam. Na rzęsach wytrzymuje w stanie nienaruszonym ponad 8 godzin!

Na rzęsach prezentuje się tak:
Cena  tuszu to ok 20 zł.

Mam również wersję zieloną tego tuszu, ale tutaj już takiego zachwytu nie ma.
 Jeśli chodzi o sam tusz to szczotka, konsystencja są takie same, z tą różnicą, że rzęsy są zielone. Niestety ta zieleń już nie jest tak spektakularna i niekoniecznie w zielonych rzęsach wyglądam dobrze.
Jak widzicie kolor już nie jest tak intensywny, a i rzęsy są jakby mniej podkreślone. Wersja niebieska wg mnie jest 1000 razy lepsza i przy niej zostanę. Tak myślę, że może zielone rzęsy  byłyby lepszym rozwiązaniem dla dziewczyny brązowookiej ? jak myślicie ? 
Tusz użyłam 2 razy i jeśli któraś z Was chciałaby go mieć w swojej kolekcji dajcie znać

Tutaj takie małe porównanie obu kolorów - niebieski jest THE BEST! ;)
Tusze można kupić np. TUTAJ

Lubicie mieć kolorowe rzęsy ? ;>

Nawilżajaca mgiełka do ciała Monoi de Tahiti

Uważam, że każdy dzień ma swój aromat. Tak samo jak każdy miesiąc pachnie czym innym. Mam "zdolność" wyczucia (dosłownie) pory roku. Już 2 tygodnie temu będąc na spacerze z Messim czułam w powietrzu jesienne nuty. Mimo, że mamy i kalendarzowe i astronomiczne lato to pogoda jest jesienna. Mój nos się nie mylił ;)

Jeśli chodzi o zapach wakacji to od kilku lat okres ten kojarzy mi się z egzotyczną mieszanką kwiatu Tiare i olejem z orzechów kokosowych. Tak !od kilku lat moim wakacyjnym zapachem nr 1 jest kosmetyk Yves Rocher z serii Monoi de Tahiti. 
W zeszłym roku recenzowałam olejek, a właściwie oliwkę z serii Monoi ( recenzja KLIK ). W tym roku skusiłam się na nawilżającą mgiełkę do ciała i szampon-żel pod prysznic. Miałam również okazję używać wody toaletowej z tej serii (niestety było to przed założeniem bloga i nie dysponuję zdjęciem). Moja mgiełka powoli się kończy (tak jak lato) i dlatego dzisiaj chciałabym napisać o niej kilka słów.
Mgiełka do ciała to produkt idealny na lato. Ta mgiełka nie zawiera alkoholu, sztucznych barwników, parabenów dlatego można bez obaw użyć ją w słoneczne dni. Produkt znajduje się w poręcznej butelce z atomizerem. Aplikacja jest przyjemna, a mgiełka która otula nasze ciało równocześnie wspaniale je odświeża. Zapach jest boski, dla mnie typowo wakacyjny. Nuty kwiatowo-kokosowe nawzajem się uzupełniają. Woń jest lekka, świeża, egzotyczna, trochę słodka, ale nie dusząca. Co najważniejsze zapach bardzoooo długo utrzymuje się na skórze. Jako, że mgiełka nie zawiera alkoholu, a także nie pozostawia tłustej warstwy  spryskuję nią również ubrania.
Jeśli chodzi chcecie poznać dokładny opis produkty zachęcam do odwiedzenia TEJ strony ;) Na opakowaniu pisze tylko tyle:
Codziennie rano po prysznicu pryskałam swoje ciało tą mgiełką dzięki czemu czułam się wspaniale. W dodatku moja skóra nie lepiła się, była nawilżona i aksamitnie gładka! Bardzo lubiłam rozpylać mgiełkę w pokoju z wentylatorem wtedy całe pomieszczenie pięknie pachniało, a zapach podziwiany był również  na klatce schodowej ;)

Mgiełka ta była moim lipcowo - sierpniowym niezbędnikiem i z przyjemnością powrócę do niej za rok.
Jako, że butelka jest przezroczysta widzimy ile produktu zostało. Mgiełka jest wydajana (razem z mamą używamy jej codziennie, a nawet kilka razy dziennie i pozostało jeszcze ok 1/3 produktu)

Cena tego kosmetyku również jest przyjemna - ja skorzystałam z promocji 2w cenie 1 i za 19,90 zł miałam dwa opakowania (niestety zostało mi jedno, bo mój brat zakosił drugie;p)

Jeśli nie znacie zapachów Monoi de Tahiti to zachęcam Was do odwiedzenia stacjonarnego sklepu YR gdzie możecie powąchać, pomacać i  w ogóle zapoznać się z całym kosmetycznym asortymentem Francuskiej firmy ;)

Lubicie kosmetyki Yves Rocher ? Ja jestem ich  klientką od 13 lat ;)

BBmania! Porównanie "BiBików" Bielenda, Ziaja, Garnier

Chyba nie ma dnia żeby na blogach nie pojawiła się  recenzja jakiegoś drogeryjnego "BiBika".
W czasie wakacji rezygnuję z ciężkich podkładów. Latem stawiam na lekki makijaż i wtedy krem tonujący staje się moim największym przyjacielem. Moim zdaniem drogeryjne "kremy BB" to zwykłe kremu tonujące, które bardzo często okazują się najzwyklejszymi bublami. Jak czytam zapewnienia producenta typu 100 w 1 to szyderczy uśmiech nie schodzi z mej słodkiej twarzy ;p

 Dzisiaj  pokażę Wam 3 produkty, które w czasie tegorocznych wakacji zastąpiły mi podkład.
Oto święta trójca:

Jeśli chodzi o ich odcienie to prezentują się one tak

 Moim ulubieńcem już od kilku lat jest antybakteryjny krem tonujący ZIAJA NUNO przeznaczony do cery skłonnej do wyprysków. 
 
Uważam, że krem ten jest najlepszą podróbką oryginalnego kremu BB jaki możemy spotkać w drogeriach. O kremie pisałam już w zeszłym roku (recenzja ). Zdania nie zmieniłam - krem ten rewelacyjnie ujednolica koloryt, zapewnia matujące wykończenie na wiele godzin ( za co ogromny plus), tuszuje niedoskonałości jednocześnie zapobiega ich namnożeniu. Cera jest wygładzona, ujednolicona uspokojona, matowa i jednocześnie wygląda promiennie. Jedynym minusikiem jest brak filtrów SPF. Jednak w dzisiejszych czasach to nie problem. Krem dostępny jest w 2 kolorach. Zawsze na początek stosuję nr 01 a jak moja twarz nabierze lekko złotego odcienia przerzucam się na na nr 02. Ten krem szczerze polecam i wiem, że w przyszłym roku na pewno do niego wrócę.

W tym roku skusiłam się na przetestowanie 2 innych BiBi kremów.

Upiększający krem  "BB" Garnier otrzymałam od Kasi jak mam być szczera to bardzo chciałam go przetestować, ale wiem, że sama bym sobie go raczej nie kupiła. Mam wiele zastrzeżeń co do kosmetyków Garnier, ale ich reklamy trzeba przyznać kuszą. BB Garnier Light ma robić wiele. Ma nawilżyć, wyrównać koloryt, ukryć niedoskonałości, rozświetlić i chronić przed UV
Wg mnie ten krem zasługuje na ocenę mierną. Jego kolor jest lekko ziemisty przez co skóra (przynajmniej moja) wygląda na zmęczoną i taką nijaką. Jeśli chodzi o rozliczenie producenta z zapewnień to tak:
- nawilżenie nie najgorsze
- koloryt może i jest wyrównany, ale na twarzy pozostaje klejący film
- tuszowanie niedoskonałości jest znikome
- rozświetlenie ? czy to chodzi o ten tłustawy, lepiący film, który ten krem zostawia ? 
- skóra strasznie się świeci
 -  krem ten szybko znika  z twarzy.
Podsumowując: ten krem to dla mnie jeden z Bibikowych bubli i  nie mam zamiaru go więcej użyć!

Na krem BB od Bielendy skusiłam się pod wpływem dość dobrych recenzji na blogach. Wybrałam wersję do cery śniadej, bo już wtedy byłam lekko opalona. Jak ten wychwalany krem się u mnie sprawdził ? Średnio!
Bielenda BB z ogórkiem i limonką przeznaczony jest do cery tłustej i mieszanej. Ma zapewnić:
- długotrwałe matowienie i niwelować błyszczenie,
- zmniejszać widoczność porów i niedoskonałości,
- wyrównać koloryt,
- delikatnie kryć zmarszczki,
- intensywnie nawilżać i delikatnie wygładzać.

Hmmm zapewnienia producenta są takie kuszące. Strasznie żałuję, że rzeczywistość okazała się inna.
Najbardziej w tym kremie podoba mi się kolor, który idealnie komponuje się z moim odcieniem cery ;) Gdy nakładałam krem paluszkami to nie wyglądało to najlepiej. Koloryt owszem był wyrównany, ale rozszerzone pory i wszelkie niedoskonałości były nie ukryte, a wręcz podkreślone. Wyglądało to okropnie! Jeśli chodzi o matowienie to jest ono dość krótkie (max. 2 godziny). Na temat nawilżenia się nie będę wypowiadać, bo nie wiem  (nic szczególnego nie zauważyłam) czy krem ten intensywnie nawilża. Plusem jest obecność filtra SPF 15 ;)
Działanie tego kremu jest ciut lepsze jeśli nałożymy go za pomocą pędzla. Wtedy krem jakby bardziej stapia się ze skórą, ale nadal pory są rozszerzone ;/ Dość szybko pojawia się też błysk twarzy więc bez pudru ani rusz. Zawiodłam się na tym kremie i już na pewno do niego nie wrócę. Zużyję go w dni kiedy nie będę musiała nigdzie wychodzić.

Miałam też okazję przetestować 2 inne kremy typu BB.

wersja kasztanowa Bielenda




Mimo, że moja cera jest w pewnym stopniu naczynkowa to krem ten nie sprawdził się u mnie. w dodatku pozostawiał taki lekko lepiący film, co mnie strasznie denerwowało.









Krem tonujący ziajaMed  z SPF 50 






Otrzymałam go na spotkaniu blogerek w Katowicach. Niestety dla mnie okazał się być totalnym bubelem. Dlatego poszedł dalej w świat ( dostała go Kasia) Z tego co wiem nowa właścicielka ma o nim dość neutralne zdanie.









Moja przygoda z drogeryjnymi kremami "BB"  nadal trwa. Na pewno skusze się na inne kremu "BB" dostępne w rossmanie czy naturze, ale kupię je jedynie jak będą w dużej promocji. Strasznie żałuję, że nie można dostać próbek wszystkich drogeryjnych bibików wtedy już po 1 aplikacji mozna stwierdzić, czy dany krem BB jest wart zakupu czy też nie.
Jak na razie jedynym kremem tego typu, który się u mnie sprawdza jest i pozostanie krem tonujący ZiajaNuno. Za rok znów zagości w mojej kosmetyczce ;)

Jestem bardzo ciekawa jakie są wasze doświadczenia z kremami "BB". 
Który polecanie ? A który wg Was jest totalnym bublem na którego szkoda złotówek ?

Mitia Sensual Fresh

Witajcie !

Przedstawiam Wam mojego codziennego umilaczka ;)
 Tak! Mitia SENSUAL FRESH to mydło w płynie.  Pewnie część z Was się zastanawia jak można się podniecać nad zwykłym mydłem w płynie. Podniecać się nie będę, ale bardzo polubiłam to mydełko i dlatego chciałam Wam o nim opowiedzieć ciut więcej niż tylko "fajne mydło".

Kosmetyki Mitia nie są zbyt popularne. Trochę trudno dostępne, ale jeśli w jakiejś małej drogerii zobaczycie te kosmetyki to śmiało kupcie.
To mydło nie jest moim pierwszym kosmetykiem Mitia. Kilka lat temu w Ustroniu trafiłam do maleńkiego sklepiku gdzie pierwszy raz zobaczyłam te kosmetyki. Wtedy skusiłam się na balsam (który pachniał jak Nivea) i żel pod prysznic. Z obu kosmetyków byłam zadowolona i skuszę się na nie jeśli tylko gdzieś je dojrzę ;)

Ale dzisiaj będzie o mydle ;)
Mitia SENSUAL FRESH to kremowe mydło, które delikatnie się pieni. Zawiera ekstrakt z mleka lotosowego oraz witaminę E. Mydło to jest bardzooooo wydaje! Używałam go kilkanaście razy dziennie razem z rodziną - starczyło na ponad miesiąc. Produkt ten bardzo dobrze oczyszcza skórę, nie wysusza jej, a kremowa piana delikatnie pielęgnuje skórę. Po umyciu dłonie pięknie pachniały, były delikatne, elastyczne i miało się wrażenie, że są odpowiednio nawilżone i zregenerowane. Przyznam się, że po umyciu rąk tym mydłem nie miałam potrzeby użycia kremu do rąk. Tak wiem, że powinnam, ale moje dłonie się tego nie domagały ;) I co najważniejsze nie ucierpiały na tym.
Mydło Mitia o pojemności 500 ml kosztuje 6-7 zł. Uważam, że za taką cenę mamy świetny produkt do codziennego użytku.
Ja jestem na TAK i jeśli w Waszym domu do codziennego mycia rąk używa się mydła w płynie to szczerze Wam je polecam. Ja zakupię inne warianty zapachowe kusi mnie zwłaszcza wersja z granatem ( lubię wybuchowe zapachy) i WINE & MILK ;)

Jeśli zainteresowały Was produkty Tomil zachęcam do odwiedzenia strony producenta
Można również polubić firmę na FB ;)

Szampon Sensitive firmy Olsson Cosmetics Skandinavia

Firma Olsson Skandinavia to firma, której w ogóle nie znałam, nie kojarzyłam. Pierwszy raz o kosmetykach tej firmy usłyszałam na lipcowym spotkaniu blogerek w Katowicach ( relacja ).
Firma ta oferuje linię profesjonalnych kosmetyków do pielęgnacji i stylizacji włosów, które chronią przed reakcjami astmy i alergii. W kosmetykach Olsson nie znajdziemy konserwantów, sztucznych zapachów i barwników.
Dzięki uprzejmości jednej z blogerek w moje ręce wpadł  szampon do włosów suchych i normalnych
Szampon znajduje się w dużej tubie (pojemność 325 ml). Opakowanie jest solidne. Szata graficzna jest delikatna, miła dla oka. Już sam wygląda szamponu kojarzy się z delikatnością ;)
Skład tego kosmetyku nie jest najgorszy choć przyznam, że spodziewałam się mniej chemii.
 O szamponie producent pisze same dobre rzeczy. Między innymi wspomina, że szampon zawiera prowitaminę B5 i aloes. Szkoda tylko, że substancje te występują pod koniec składu przez co w produkcie nie ma ich zbyt wiele.
Szampon ma bardzo lejącą konsystencję. Trzeba uważać, bo gdy tuba stoi tak jak powinna po otwarciu szampon wylewa się  przez co tracimy dobry produkt. Moja tuba stoi do "góry nogami" dzięki czemu szampon nie przelewa się przez palce. Mimo wodnistej konsystencji szampon świetnie się pieni (dzięki SLES) i jest wydajny. Wystarczy dosłownie niewielka ilość do umycia półdługich włosów. Używam go prawie codziennie od miesiąca i jeszcze pozostała ponad połowa produktu. Tak więc wydajność tego produktu jest na 5+ ;)
Jeśli chodzi o działanie pielęgnacyjne tego szamponu to nie mogę mu nic zarzucić. Dobrze myje włosy   (zmywa nawet oleiste maski), sprawia, że stają się one miękkie, są sypkie (co bardzo, bardzo lubię), rewelacyjnie się układają. Szampon dyscyplinuje moje kudełki przez co nie są napuszone. Na pewno w jakimś stopniu je nawilża i odżywia. Ważne jest też to, że szampon nie spowodował wysypu łupieżu ( a często mi się to zdarza przy zmienia szamponu).

Podsumowując: Szampon Olsson Skandinavia mimo bardzo lejącej konsystencji to bardzo dobry szampon. Po umyciu włosy są zdyscyplinowane, świeże, miękkie, błyszczące, rewelacyjnie się układają. Szampon nawilża i lekko odżywia włosy przez co wyglądają na zdrowe i wypielęgnowane. W szamponie nie znajdziemy parabenów ani silikonów jest za to SLES.
Plusem jest pojemność, minusem cena - 49 zł za 325 ml.

Jeśli zainteresował Was ten szampon możecie go kupić TUTAJ
Możecie również śledzić poczynania firmy przez FB ;)

Czy firma OLSSON jest Wam znana ?

Miłego weekendu ;*


Love Me Green - balsam do ciała macadamia i miód

O kosmetykach Love Me green było głośno na blogach. Jedni pokochali, inni znienawidzili, jeszcze inni mieli wątpliwości co do składu tych naturalnych kosmetyków. Osobiście uważam, że kosmetyki Love Me Green są drogie - nie moja kategoria cenowa. Otrzymałam próbki, spróbowałam i .... nie było źle, ale też bez szału. Wiadomo, po małej próbce trudno zauważyć jakiekolwiek efekty.
Dlatego gdy na spotkaniu blogerek w Katowicach Paulina w swojej wymiankowej torebce pokazała regenerujący balsam do ciała Macadamia i miód dosłownie rzuciłam się na niego. No dobra trochę przesadziłam, ale mocno się napaliłam ;p
Pytam: "Paulina dlaczego oddajesz ten mega drogi podobno rewelacyjny balsam?" a Paulina na to - "zapach mi nie odpowiada".
Wącham ... Jak dla mnie zapachowa rozkoszy. Patrzę na Paulinę oczami kota z Shreka i słyszę "Jak chcesz to sobie weź".
- serio ?
- serio serio!
- Paulinko serdecznie dziękuję ;*

Dzisiaj gdy balsamu zostało na dnie przyszedł czas na wtrącenie  kilku słów na temat wyprodukowanego we Francji (!) Organicznego Regenerującego balsamu do ciała Makadamia i miód
 Na początek zapewnienia producenta:
Organiczny Krem do ciała Macadamia i Miód został stworzony w celu nawilżenia*, odżywienia i ochrony skóry ciała. Jego kremowa konsystencja w połączeniu z delikatnym i subtelnym zapachem szybko wnika nie pozostawiając tłustej warstwy na skórze.
* Nawilżenie górnych warstwach naskórka.

Jak dobrze, że zaznaczyli, że balsam nawilża tylko górne warstwy naskórka. Tak na dobrą sprawę robią to  wszystkie  balsamy do ciała.

Skład, który jak na kosmetyk organiczny jest dość dłuuugi i czy aby aż tak wspaniały ?

A teraz najważniejsze ( tak tak wiem, jestem zarozumiała)
MOJA OPINIA:
Zacznijmy od opakowania: Solidne, zgrabne, przyjemne dla oka. Obecność pompki ułatwia użytkowanie, ale gdy produkt ma się ku końcowi pompka się zacina, co uniemożliwia wydobycie kosmetyku. Jako, że butelka jest dość wąska, a balsam gęsty trudno wykorzystać balsam do końca. Już 3 dzień męczę się z wydobyciem balsamu i jedyne co mi zostało to przeciąć (dość gruby) plastik ;/
Zapach: Dla mnie rozkoszny! Otulający, lekko słodkawy. ma coś w sobie. Szkoda tylko, że dość szybko znika . Mimo to zapach uprzyjemnia aplikację, która już tak przyjemna nie jest.
Konsystencja:  Balsam jest gęsty i tępy. Pozostawia biały, nietłusty film, który trzeba rozprowadzić kolistymi dość mocnymi ruchami. Balsam na pewno nie należy do kremów lekkich, ale na plus jest to, że nie  pozostawia tłustej warstwy.
Wydajność: balsam regenerujący Love Me Green nie jest wydajny! Stosuję go co drugi dzień i jakieś 175 ml wystarczyło na miesiąc stosowania.
Działanie: Skóra po użyciu balsamu jest elastyczna, miękka i w sumie tyle.  Z nawilżeniem jest średnio, z regeneracją skóry również. Dla mnie ten balsam poza pięknym zapachem nie robi zbyt wiele ! Pielęgnacja jest znikoma. Wydaje mi się, że po biedronkowym balsamie moje ciałko było bardziej wypielęgnowane. Nie mogę napisać, że ten balsam to bubel, ale spodziewałam się rewelacyjnego odżywienia, mega nawilżenia i efektu wow! Liczyłam, że skóra będzie długotrwale nawilżona i pozbędę się problemu "suchych łydek"
Cena: dla mnie kosmiczna! za 200 ml zapłacimy 100 zł.

Podsumowując: Balsam, który kosztuje prawie 100 zł nie robi nic specjalnego. Taki średniaczek, który lekko nawilży, wygładzi skórę i sprawi, że jest ona bardziej sprężysta. Dla mnie największą zaletą  tego balsamu jest zapach. Obłędny zapach! Ale nie wydam 100 zł na balsam, który tylko ładnie pachnie.

Jako, że ostatnio przechodzę blogowstręt będzie mnie tutaj mniej.

Trzymajcie się ;*

Zapach CUBA JUNGLE TIGER

Jestem testerką zapachów dystrybutora kosmetyków WIT i jestem z tego dumna ;)
W czerwcu pisałam Wam o pierwszym zapachu (recenzja), który otrzymałam do testów. Extasia Goldy to zapach, który wyjątkowo przypadł mi do gustu i cieszę się, że tej jesieni będę nią pachnieć.

Kilka tygodni temu (ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu) otrzymałam kolejną paczkę od WIT. Tym razem oprócz zapachu otrzymałam kilka dodatkowych kosmetyków kolorowych ( KLIK), o których opowiem wam innym razem. Dzisiaj przedstawię Wam zapach, który "testuję", a jest nim Cuba Jungle Tiger Woman marki Cuba Paris
Gdy otworzyłam paczkę byłam pewna, że zaszło nieporozumienie. Od zawsze wydawało mi się, że wody CUBA są męskimi zapachami. Może to przez opakowanie ? Buteleczka przypomina cygaro - smukła, brązowa .... zdecydowanie męska!
Dopiero google uświadomiło mi, że Cuba Paris owszem produkuje zapachy męskie, ale dla kobiet również wydali 4 wersje zapachowe - Heartbreaker  i linię Jungle: Tiger, Snake i Zebra ;)

Wersja TIGER należy do kompozycji zapachowej orientalno kwiatowej. Znajdziemy tutaj:
 
  Nuta głowy: kwiat pomarańczy, mandarynka, anyż gwiazdkowaty, gruszka, róża i bergamotka
  Nuta serca: irys, imbir, śliwka, orchidea, ylang-ylang i tuberoza
  Nuta podstawowa: ambra, piżmo, wanilia, cynamon i drzewo sandałowe 

Skład bogaty - nuty cytrusowe, drzewne, kwiatowe połączone z przyprawami.
Ciekaw połączenie, prawda ?

Moja opinia:

Zapach jest intensywny - ciężki i słodkawy.  Na początku ostry wręcz męski. Z czasem staje się aksamitny, słodki  i zdecydowanie orientalny. Po czasie na pierwszy plan "wychodzi" śliwka.
Wersja Tiger to zapach zbliżony do Jean P. Gaultier Classique mimo, że jest przeznaczona dla kobiet może się podobać płci brzydkiej;p
Według  mnie zapach ten jest uniwersalny - zarówno dla pań jak i panów.
Spodoba się kobietom, które lubią na sobie intensywne, orientalne - drzewne nuty.

Producent pisze, że zapach CUBA TIGER to hołd dla kobiecości!  Ożywiający i śmiały, promieniujący, wyborny zapach dla kobiet z wyobraźnią. Cuba Tiger to zapach tajemniczy, dziki i nieposkromiony.

Chyba coś w tym jest ;)

Dla mnie zapach ten jest zbyt ciężki, za słodki i ... duszący (tzn. pudrowy ;p). Piżmo, ambra, wanilia, drzewo sandałowe ? Za dużo tego. Co prawda lubię obecność  piżma (zwłaszcza białego) w perfumach/wodach toaletowych/mgiełkach do ciała, ale tutaj ambra i drzewo sandałowe zabija jego nuty.
W dodatku zapach anyżu od zawsze źle na mnie działał. 
Za to mojemu tacie mieszanka CUBA Jungle TIGER wyjątkowo się podoba! Jako, że ja źle się czuję w tym zapachu postanowiłam podarować go tacie, który na pewno zużyje go z przyjemnością. Chociaż może czasami na jakieś wieczorne wyjście go sobie pożyczę?! ;)  Zapach ten wg mnie jest zdecydowanie zapachem na wieczór. Wydaje mi się, że jest on za ciężki do stosowania w ciągu dnia chociaż gusta są różne.  Nie polecam go jednak stosować w czasie letnich upałów.

Na skórze zapach utrzymuje się do 8 godzin, na ubraniach czułam go kilka dni, Poważnie! Jak na wodę w cenie ok 20 zł (100ml) zapach jest bardzo intensywny i długotrwały.

 Jeśli lubicie mocniejsze - orientalne zapachy to wydaje mi się, że polubicie się z tym egzemplarzem.
Ja jednak stawiam na świeże, owocowe lub lekko kwiatowe zapachy więc nadal szukam zapachu idealnego ;)

FITOMED hydrolat oczarowy 100%

Czy jest ktoś kto nie słyszał o hydrolatach ?
Chyba nie ma ;)

Dzisiaj i ja napiszę kilka słów na temat hydrolatu oczarowego mojej ulubionej firmy FITOMED
Hydrolat to nic innego jak efekt końcowy destylacji. Hydrolat oczarowy jest wynikiem destylacji liści lub kory drzewa oczarowego z parą wodną. Ten półprodukt zalecany jest w pielęgnacji cery tłustej, mieszanej, z tendencją do trądziku. Dlaczego? Ponieważ krzew oczarowy wykazuje działanie:
- antybakteryjne
- przeciwzapalne
- ściągające
- zwęża rozszerzone pory
- ogranicza wydzielanie sebum
- łagodzi podrażnienia, zaczerwienienia i stany zapalne

Skład hydrolatu oczarowego FITOMED wygląda następująco:
Jak widzicie producent zaleca rozcieńczenie tego produktu wodą (najlepiej przegotowaną lub niegazowaną) w proporcji 1/1. Wiem, że co niektóre dziewczyny tego nie robią, ale pamiętajmy, że każdy surowiec kosmetyczny może podrażnić skórę. Ja raz przetarłam twarz nierozcieńczonym produktem i niestety moja buźka zrobiła się czerwona jak burak. Tak więc nie polecam stosować tego produktu nierozcieńczonego.

Ja hydrolat oczarowy (rozcieńczony wodą) stosowałam jako dodatek do maseczek glinkowych, a także do innych proszkowych masek. Stosowałam go również jako tonik.
Płyn oczarowy jest bezbarwny, posiada dość ostry zapach, który początkowo trochę mnie drażnił. Na szczęście po rozcieńczeniu zapach staje się znośny. Po pewnym czasie nawet polubiłam się z nim ;p 

Po ponad miesięcznym stosowaniu mogę stwierdzić, że hydrolat oczarowy Fitomed bardzo ładnie zwęża rozszerzone pory. Świetnie sprawdza się jako tonik ponieważ odświeża skórę i jednocześnie ją koi. Przemycie skóry trądzikowej płynem z dodatkiem hydrolatu oczarowego uspokaja ją i łagodzi podrażnienia. Producent pisze, że hydrolat oczarowy również nawilża skórę. Nie wiem czy nawilża, ale na pewno nie wysusza i nie zostawia jej ściągniętej. A to dużo ;)
Hydrolat oczarowy można stosować również jako okład gojąco-łagodzący na podrażnioną lub skaleczoną skórę. Ponoć łagodzi on również skutki poparzeń słonecznych, ale w tej roli go nie sprawdzałam.

Hydrolat oczarowy jest silnym antyoksydantem tak więc wspomaga on walkę z wolnymi rodnikami przez co zalecany jest do pielęgnacji skóry z pierwszymi oznakami starzenia.

Za 150 ml zapłacimy 15 zł, a w sumie (po rozcieńczeniu) mamy 300 ml produktu. Moim zdaniem cena tego surowca jest bardzo korzystna. Jeśli jesteście zainteresowani produkt możecie kupić TUTAJ

Jeśli nie chcecie się "bawić" w tworzenie płynu oczarowego zawsze możecie kupić gotowy płyn oczarowy FTOMED, o którym pisałam TUTAJ

Dla mnie ten produkt to kolejny FITOMEDOWY HIT ;)

Znacie ? lubicie ? ;>

Oculobon BONIMED

OCULOBON to suplement diety stworzony przez franciszkanina - zielarza Ojca Grzegorza Srokę. Zalecany jest on osobom, które  chcą chronić swoje oczy lub np. długo siedzą przy komputerze albo mają problem z oczami na skutek innych chorób.
Moje oczy choć piękne niestety nie są zdrowe. Zmagam się z krótkowzrocznością, zespołem suchego oka. Żeby tego było mało wile godzin dziennie spędzam przed komputerem. Noszę również soczewki kontaktowe tak więc  moje oczy nie mają ze mną lekko. Po zdjęciu soczewek czuję się jak kret tak więc gdy po 8/10 godzinach zdejmuję soczewki od razu na nos zakładam okulary. Bez jakichkolwiek paczydełek nie jestem w stanie funkcjonować. W dodatku oczy często są podrażnione, a po całym dniu suche jak wiór ;/

Gdy zadzwoniono do mnie i poinformowano, że zostałam ambasadorką BONIMED byłam zaskoczona i jednocześnie podekscytowana możliwością przetestowania znanych ziołowych suplementów diety. Paczuszka przyszła kilka tygodni później. Nie wiedziałam jaki suplement otrzymam. Gdy okazało się, że jest to OCULOBON preparat korzystnie wpływający na oczy nie kryłam radości ;)

Opis producenta:

Dziś zażyłam ostatnią kapsułkę czy zauważyłam zmiany ? Zauważyłam ;)

W opakowaniu znajduje się 30 kapsułek, co powinno starczać na 15 dni ponieważ preparat wg zaleceń producenta przyjmuje się 2 x dziennie. Ja przyjmowałam preparat dłużej ponieważ tylko przez pierwsze 10 dni zażywałam po 2 tabletki przez następne 10 dni brałam tylko jedną dziennie.
Kapsułki zawierają zielony proszek otoczony bezbarwną osłonką. Ich połknięcie nie stanowi problemu

Skład preparatu jest imponujący, znajdziemy tutaj m.in ekstrakt z owoców borówki, luteinę, betakaroten, zeaksantynę oraz zestaw witamin ( E, C, B).

Co dał mi ten preparat ? Na pewno wyostrzył wzrok. Teraz jest w stanie ogolić nogi bez zakładania okularów. Nie mówię, że widzę tak jak w soczewkach, co to to nie, ale widzę kontur rzeczy, a nie plamę tak jak było wcześniej. Moje oczy nie są też już tak suche, co prawda nadal nawilżam oczy kroplami, ale nie mam już uczucia piasku pod powieką. Nie pękają mi też naczynka gałki ocznej. W ogóle naczynka się wzmocniły ;)
Ogólnie jestem zadowolona z efektów. Nie tylko wyostrzył mi się wzrok, ale dodatek biotyny korzystnie wpłynął na moje włosy, które się wzmocniły, a witamina B2 pomogła pozbyć się zajadów ;) Oculobon to źródło antyoksydantów więc nie tylko chroni on wzrok, ale także opóźnia starzenie całego organizmu.

Co prawda cena (25 zł) jest dość wysoka, jak na 15 dniową kurację, ale czego się nie robi dla oczu ? dla młodości .... W końcu oczy to zwierciadło duszy ... ;)

Kosmetyki naturalne BURT 'S BEES

Kosmetyki Burt's Bees są bardzo popularne w USA oraz UK. W Polsce jeszcze furory nie zrobiły, ale wydaje mi się, że to kwestia czasu. Ja mam ich 2 produkty i jestem nimi zachwycona.
 Pokochałam je od pierwszego użycia i mogę śmiało nazwać ich swoimi ULUBIEŃCAMI. 
 Nie wyobrażam sobie pielęgnacji dłoni i paznokci bez tych oto produktów! ;)

Burt's Bees Hand Salve to maść  o bogatym składzie przeznaczona do spierzchniętych, suchych i podrażnionych dłoni.
 Balsam ten ma bardzo gęstą woskową konsystencje, która pod wpływem ciepła palców zmienia się  w olejek. Pachnie intensywnie, ja wyczuwam tutaj zioła i nuty cytryny/limonki. Naprawdę trudno mi określić zapach, ale zdecydowanie nie jest to brzydki zapach. Woń tej maści kojarzy mi się z domem zielarki.
Skład  produktu jest  w 95% naturalny. Znajdziemy tutaj wosk pszczeli, olejki, zioła, masło kakaowe, olej migdałowy, witaminę E, sok z limonki.
Skład (wg wizaz.pl)  Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Cera Alba (Beeswax, Cire d`Abeille), Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Lavendula Hybrida (Lavandin) Oil, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Oil, Eucalyptus Globulus Oil, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower Oil, Tocopherol, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Glycine Soja (Soybean) Oil, Canola Oil (Huile de Culza), Linalool, Limonene.

Zadaniem tej magicznej maści jest dogłębne odżywienie, nawilżenie i zregenerowanie skóry dłoni.
Mimo, że opakowanie zawiera tylko 8,5 g produktu jest on niesamowicie wydajny.
Balsam do rąk Burt's Bees stosuję tylko wtedy gdy skóra dłoni wymaga intensywnej kuracji odżywczej np. po kąpieli słonecznej lub po intensywnych porządkach domowych. Wtedy  na noc wmasowuję w skórę dłoni ten balsam. Przez pewien czas dłonie pokryte są tłustym filmem, który jednak dość szybko się wchłania. Rano dłonie są idealnie nawilżone, wspaniale odżywione, miękkie, gładkie. Skóra staje się ukojona i elastyczna.

Jedyne co mi się nie podoba to opakowanie - metalowy pojemnik, który bardzo ciężko się otwiera !
Poza tym produkt marzenie i rewelacyjnym składzie! ;)

Jeszcze więcej ochów i achów będzie o Burt's Bees lemon Butter Cuticle Cream, czyli o  cytrynowym kremie do skórek i paznokci!

Ten produkt  to mój KWC ;)

To właśnie temu masełku zawdzięczam obecną długość paznokci, która jest imponująca!
Moje paznokcie do 2007 roku były długie i mocne. Pinezki mogłam wyciągać, a długość była taka, że ludzie nie wierzyli, że to moje naturalne paznokcie. Niestety latem 2007 raku pojechałam na kolonie jako wychowawca i w wyniku ciągłego stresu moje paznokcie się połamały i ogólnie były w kiepskiej formie. Później doszła choroba i tak moje paznokcie z długich zrobiły się mega krótkie z  tendencją do łamania i rozdwajania. Nie pomagały suplementy, odżywki, krem. Dopiero cytrynowe masełko Burt's Bees wzmocniło paznokcie na tyle, że dzisiaj mogę pochwalić się długaśnymi szponkami ;)

Produkt również mieści się w blaszanym opakowaniu, które ciężko się otwiera zwłaszcza długimi pazurami ;p Konsystencja jest gęsta, ale łatwo się ją rozprowadza na płytce paznokcia. Przepiękny cytrusowy zapach umila aplikację. Masełko stosuję 2-3 razy w tygodniu zawsze po zmyciu lakiery! Zazwyczaj lakier zmywam wieczorem i na noc wmasowuję to masełko. Mimo żółtego koloru nie odbarwia ono płytki paznokcia. Po nocnej kuracji paznokcie są wzmocnione, odżywione, zregenerowane i natłuszczone! Ta kremowa odżywka sprawiła, że moje liche paznokcie już się nie rozdwajają i nie łamią. Pozbyłam się również problemu suchych skórek i tym samym zadziorów, które często mi się zdarzały.

Skład (źródło wizaz.pl) tego preparatu również jest na duży plus
helianthus annuus (sunflower) seed oil, beeswax, citrus medica limonum (lemon) peel oil, theobroma cacao (cocoa) seed butter, tocopheryl acetate, euphorbia cerifera (candelilla) wax, rosmarinus officinalis (rosemary) leaf oil, tocopherol, beta-carotene, vegetable oil. 

 Dla mnie oba produkty zasługują na ocenę celującą przy czym limonkowe masełko do paznokci  ma dodatkowy plus! ;) 

Serdecznie dziękuję Kasi za oba produkty. Co ja bym bez Ciebie zrobiła ;*

A Czy kosmetyki naturalne Burt's Beez są Wam znane ?

Neonowe paznokcie - One Colour PRO nr 592

Radosne i żywe kolory pięknie współgrają z opalenizną. Są więc wymarzone na lato ;)
W te wakacje neony stały się bardzo modne. Co prawda ja w neonowych ubraniach nie wyglądam korzystnie, ale skusiłam się na neonowe paznokcie ;)

A wszystko dzięki lakierowi ONE COLOUR PRO nr 592
 Neony na pazurkach miałam pierwszy raz w  życiu. Po raz pierwszy również miałam do czynienia z lakierami One Colour Pro.
Według producenta są to wysokiej jakości lakiery niemieckiej firmy, które idealnie kryją płytkę tworząc na powierzchni paznokcia gładką i lśniącą taflę. Wyróżniają się intensywnymi kolorami. Nie zawierają formaldehydów i toluenu. Szybko schną, a płaski pędzel gwarantuje perfekcyjne krycie już po jednym pociągnięciu pędzla. Perfekcyjna aplikacja i ulepszona formuła gwarantują doskonały efekt na długi czas. 

Z opisu wynikało, że buteleczka ta spełni moje marzenia o lakierze idealnym. Niestety wszystko prócz koloru już takie idealne nie było ;/

Lakier ma dość wodnistą konsystencję przez co rozlewa się niemiłosiernie. Pędzelek owszem jest płaski i wąski, ale duży co również nie ułatwiło mi aplikacji. Po nałożeniu lakieru na odżywkę Venita lakier się zważył! Jak to wyglądało ? Jak ścięte mleko w  kolorze różówo-pomarańczowym ;/

 Co prawda na zdjęciach tego aż tak nie widać, ale w rzeczywistości paznokcie nie wyglądały ładnie. Cały  czas gdzieś haczyłam nierówną powierzchnią pazurka ;/
 Czas schnięcia faktycznie jest krótki. Już po 10 minutach  mogłam "normalnie" funkcjonować.

Jeśli chodzi o kolor to jest ona bardzo ciekawy. W butelce widzimy neonowy róż natomiast na paznokciach  kolor zmienia się w zależności od ilości światła. Raz paznokcie są różowe, a raz pomarańczowe. Kolor naprawdę jest śliczny - idealny na wakacyjny look paznokci ;)

Jak mam być szczera to lakier mnie rozczarował swoją trwałością. Na paznokciach miałam go 3 dni. Po kilku godzinach już były widoczne starte kocówki ;/
Zmycie tego lakieru nie należało do przyjemnych. Cieszę się, że miałam odżywkę, bo inaczej byłoby kiepsko. Lakier "wżarł" się w odżywkę ;/ Nie mogłam go zmyć i dopiero przyłożenie bardzo bardzo mokrego płatka z zmywaczem acetonowym pomogło ;/

PODSUMOWUJĄC: lakier ONE COLOUR PRO nr 592 ma piękny, intensywny kolor (raz wpada w róż, raz w pomarańcz) i wodnistą konsystencję, która utrudnia malowanie. Pędzelek jest dość duży, prostokątny i płaski. Pigmentacja jest dobra - już jedna warstwa kryje prawie idealnie nie tworząc prześwitów. Ja nałożyłam 2 warstwy w celu podbicia koloru. Niestety po nałożeniu lakieru na odżywkę doszło do jego zważenia się ;/  co nie wyglądało estetycznie. Czas schnięcia jest błyskawiczny. Trwałość lakieru nie jest spektakularna, a jago zmywanie to istny horror ;/

Szczerzę napiszę, że nie mam ochoty na kolejne bawienie się w malowanie tym lakierem, ale dam mu jeszcze jedną szansę,  bo jestem ciekawa czy efekt "ściętego lakieru" wystąpi ponownie (gdy malowałam pierwszy raz były straszne upały i może to one były przyczyną takiej reakcji ?)

Lakier o pojemności 16 ml w sklepie alle paznokcie  kosztuje ok  7 zł

Lubicie nosić neonowy manicure ? ;>

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...