Podsumowanie akcji "październik miesiącem bez zakupów kosmetycznych"

Dzisiaj światowy dzień oszczędzania ;)
Jest to chyba najlepszy czas na podsumowanie październikowej akcji

W akcji oprócz mnie udział wzięły: 

Jeśli o kimś zapomniałam proszę się przypomnieć ;)

Jeśli chodzi o mnie to przyznam się, że było ciężko. Bardzo ciężko!
Doszło do mnie, że mam problem z niekupowaniem ;/  Naprawdę!
Chyba czas się przyznać do tego, że jestem .....
że jestem ....
że jestem ....
uzależniona od kupowania kosmetyków

Gdy odwiedzałam jakiś sklep modliłam się żeby nic z kosmetyków nie było w promocji.
Do rossmana nie zaglądałam, ale denerwowały mnie informacje o promocjach w sklepach kosmetycznych, które wyjątkowo często pojawiały się na blogach koleżanek blogerek.
O zakupach też ciężko było mi czytać notki.

Jestem z siebie dumna, bo nie przybyło mi żadnego żelu pod prysznic, lakieru do paznokci czy balsamu do ciała, a do tych kosmetyków mam słabość zwłaszcza, że bardzo często są w promocji ;p
Jednak  w zeszłym tygodniu musiałam zamówić kilka produktów do pracy (maseczkę wybielającą z kwasami, borowinę do masażu i kilka innych maseczek) i wtedy moja słaba silna wola wygrała i kliknęłam tonik z kwasami (bo wszystkie toniki mi się skończyły) dla siebie oraz kilka maseczek nawilżających (dlatego, że po kwasach moja skóra wymaga większego nawilżenia) również dla mnie ...........
Tak pozostawię to bez komentarza i Wam też radzę ;p

Na szczęście miesiąc się skończył i co prawda w listopadzie nie będę miała szlabanu na kupowanie kosmetyków, ale na pewno postaram się ograniczać ;)

Dziewczyny napiszcie koniecznie jak Wam poszło ?

Buziaki




Vanity Laser Expert

Obecnie depilacja to tak jak mycie zębów - zabieg obowiązkowy.
Całe szczęściem że nie jest to już temat tabu ;)
Metody usuwania zbędnego owłosienia są różne i każda znajdzie coś dla siebie.
Ja od lat jestem fanką woskowania. 
Owszem metoda ta wymaga czasu, bo samo rozgrzanie podgrzewacza zajmuje ok 30 minut, a zabieg trwa ok 40 minut. Aaaa i  włosy trzeba "zapuścić", co latem nie jest przyjemne ;p
Jednak efekt utrzymuje się u mnie dość długo tak więc raz w miesiącu znajduję te 2 godzinki czasu. 
Niestety ostatnio mam problem z  zbyt kruchymi naczynkami na nogach i tendencją do krwiaków i siniaków więc musiałam na jakiś czas zrezygnować z gorącego wosku na rzecz kremów do depilacji.
Postawiłam na  innowacyjny krem do depilacji nóg firmy Bielenda - Vanity Laser Expert
Zestaw zawiera krem do depilacji o pojemności 100 ml, 2 saszetki z chusteczką nasączoną substancją enzymatyczną, która ma  opóźniać wzrost włosa oraz szpatułkę (niestety zdjęcia zestawu nie mam, musicie uwierzyć mi na słowo ;p).
Producent zapewnia, że:
Jeśli chodzi o sposób użycia to nie ma tutaj żadnych trudności. 
Pamiętajmy, że kremy do depilacji nie wcieramy w skórę (!!!) 
tylko rozprowadzamy go na powierzchni za pomocą szpatułki.

Krem jest dość gęsty przez co nie spływa ze skóry jednak opakowanie wystarcza tylko na 1 zabieg depilacji całych (!) nóg. 
Ja używałam go też do rąk i wtedy takie opakowanie starczało na 3 pełne zabiegi ;) 
Krem jak to kremy do depilacji śmierdzi, ale na szczęście zapach nie jest tak ostry, że drapie w gardle i powoduje łzawienie oczu. Czas działania jest błyskawiczny. 
Producent obiecuje, że już po 5 minutach (max 10) pozbywamy się wszystkich włosów. 
Ja odczekałam jakieś 7 minut i za pomocą szpatułki usunęłam krem wraz z włoskami. 
Naturalnie jestem blondynką i moje włoski, choć liczne są delikatne i jasne dlatego też krem do depilacji w moim przypadku się sprawdza. 
Użycie kremu do depilacji jest metodą bezbolesną jednak osoby z wrażliwą lub alergiczną skórą powinny zrezygnować z tej metody. 

Moja skóra po depilacji kremem Bielenda Vanity laser expert była niesamowicie miękka, gładka i pozbawiona w 100% niechcianych włosków. Niestety efekt nie był już tak trwały jak w przypadku wosku. Włosy zaczęły się pojawiać po ok 8 dniach przy czym były cienkie, słabe i mało widoczne.
Zgodzę się z producentem, że krem pozwala na precyzyjną depilację, a włosy, które odrastają są słabsze i cieńsze jednak skóra na pewno po kremie do depilacji nie jest (i nie będzie nawilżona) nawilżona. Uważam, że jest to dobry i skuteczny krem do depilacji w korzystnej cenie ok 12 zł.

W zapasie mam jeszcze 2 kremy Joanna, ale do Bielendy wrócę (chcę jeszcze przetestować krem do depilacji rąk i twarzy) no chyba, że już będę mogła użyć mojego woskowego zestawu do depilacji ;)

A jaki jest Wasz sposób na pozbycie się niechcianych włosków ? ;>

Nie lubię lakierów Lemax!


Nie lubię lakierów LEMAX i nic na to nie poradzę.
Według mnie są ta lakiery kiepskiej jakości, ale w dobrej cenie (w mojej miejscowości każdy szanujący się sklep typu "wszystko po 2,50" w swej ofercie kosmetyki Lemax ma).
Firma kusi nie tylko ceną, ale również kolorami swoich lakierów. 
W mojej lakierowej kolekcji mam tylko 3 lakiery Lemax, które otrzymałam na spotkaniach blogerskich i muszę przyznać, że  odcień malinowy <klik> prezentuje się naprawdę ładnie.
Dzisiaj zaprezentuję lakier Lemax kwadrat o nr 5902 5535 
(swoją drogą producent mógłby wymyślić inne oznaczenie kolorów ). 
Jest to ostatni lakier firmy Lemax, który mam na paznokciach. 
Więcej już się nie skuszę!
W okresie jesiennym często na moich paznokciach goszczą odcienie brązu.
Lubię też wykończenie metaliczne, dlatego wczoraj zdecydowałam się na 
wieczorne malowanie lakierem Lemax. 
Niestety lakier na moich paznokciach prezentuje się nieciekawie.
Kolor bardziej przypomina rdzę niż brąz ;/ 
Ma bardzo słabe krycie. 
Na moich paznokciach widzicie 2 warstwy lakieru, a i tak kolor wypada słabo. 
Jakość też do najlepszych nie należy. 
Już po kilku godzinach końcówki są starte.
Pędzelek jest klasyczny, płaski. 
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że malowanie będzie bezproblemowe, niestety tak nie jest. 
Zbyt płynna konsystencja również malowania nie ułatwia przez co  nie tylko płytka paznokcia, ale także skórki wokół są upaćkane lakierem ;/ 

Nie lubię go i wiem, że już więcej na moich paznokciach nie zagości.
Jeśli któraś z Was chciałaby mieć ten lakier chętnie oddam ;)

Osobiście nie polecam, ale jestem ciekawa czy wśród Was są fanki lakierów Lemax ?






Soraya zero bakterii żel antybakteryjny do mycia twarzy

Codzienne rano moją twarz oczyszczam za pomocą antybakteryjnego żelu, który wg producenta ma w minutę usunąć 100% bakterii...
Takie rzeczy tylko w żelu ZERO BAKTERII  Soraya care&Control
 Zarówno opis producenta jak i cenaza 150 ml zapłacimy ok 10/13zł zachęcają do zakupu ;)
Producent obiecuje:
 usuwa zanieczyszczenia wg 100%*
zmniejsza widoczność porów wg 70%*
zapewnia odświeżenie wg 100%*

Wysoka skuteczność antybakteryjna potwierdzona badaniami**:
Już po jednaj minucie żel redukuje liczbę bakterii wywołujących trądzik o 100% .

Komfort stosowania*:
·         Usuwa zanieczyszczenia wg  100%
·         Daje poczucie odświeżenia wg 100%
·         Zmniejsza widoczność porów wg 70%
·         Nie powoduje przesuszenia skóry wg 100%
Aktywna formuła:
Salicylan sodu – pochodna kwasu salicylowego, który działa antybakteryjnie, odblokowuje ujścia gruczołów łojowych, zapobiega powstawaniu zaskórników i wyprysków.
Kwasy owocowe – usuwają martwe komórki naskórka, głęboko oczyszczają i odblokowują pory. Regularnie stosowane wygładzają cerę i rozjaśniają jej koloryt.
Graviola – Superfruit - ten kwaśny owoc jest źródłem składników odżywczych, witaminy B1, B2
oraz C.

 Skład:
Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Coco-Glucoside, Sodium Cocoamphoacetate, Disodium Laureth Sulfosuccinate, Panthenol, Allantoin, Anona Muricata Fruit Extract, Propylene Glycol, Laureth-2, PEG/PPG-120/10 Trimethylolpropane Trioleate, Sodium Salicylate, Lactic Acid, Disodium EDTA, Caprylyl/Capryl Glucoside, Citric Acid, Glycolic Acid, Sodium Benzoate, Parfum, Limonene, Butylphenyl Methylpropional

Moja opinia:
Żel ma gęstą konsystencję, która przypomina bezbarwną galaretę.
 Świeży zapach zapewnia ranne pobudzenie ;)
Żel średnio się pieni. Co do działania to mam mieszane uczucia.
 Z jednej strony oczyszcza skórę i zapewnia doskonałe odświeżenie, ale z drugiej strony niczym szczególnym się nie wyróżnia. Mojej skóry nie przesuszył. Niestety nie zauważyłam zmniejszenia widoczności porów, a taki efekt obiecuje producent.Dużym plusem jest wydajność tego kosmetyku!

Podsumowując - żel się sprawdził, ale nie zachwycił mnie na tyle żeby kupić kolejne opakowanie.


Fitomed glinka różowa

Kto mnie zna ten wie, że  jeśli chodzi o maseczki to glinki grają u mnie pierwsze skrzypce.
Szczególną sympatią darze glinki firmy Fitomed.
W ogóle firma ta należy do moich ulubionych  
(co niektórzy myślą, że jestem ich przedstawicielem handlowym ponieważ gdy ktoś pyta o kosmetyki, które polecam zawsze na pierwszym miejscu jest Fitomed.) Kosmetyków tych używam również w pracy i jeszcze żadna moja klientka się nie skarżyła ;)
Obecnie testuję 2 dla mnie nowe produkty: glinkę różową i olej witaminowy z Q10
Dzisiaj skupię się na glince różowej, która jest mieszaniną glinki białej i czerwonej.
Glinkę czerwoną poznałam w lutym i od tego czasu ją uwielbiam - <klik>
dlatego byłam ciekawa jak moja skóra zareaguje na glinkę czerwoną wymieszaną z glinką białą, czyli glinkę różową;p 
Glinka różowa  ma bogatszy od innych glinek skład. Stosowana jest w maseczkach odżywczych i odmładzających do cery tłustej i mieszanej oraz w maseczkach oczyszczających do cery suchej, dojrzalej i wrażliwej. Oprócz tego co pisze producent należy pamiętać, że glinka różowa ma właściwości zabliźniające i dezynfekująca
Różowa glinka przeznaczona jest do każdego typu cery nawet wrażliwej i alergicznej.

Fitomed oferuje 36 g w cenie 13 zł. Jest to bardzo korzystna cena!
Glinkę otrzymujemy w formie proszku , który znajduje się solidnym opakowaniu. 
Żeby uzyskać maskę musimy wymieszać pyłek z odpowiednią ilością wody (niegazowanej lub demineralizowanej) albo hydrolatu
Ja zazwyczaj mieszam glinkę z wodą  i nakładam ją raz w tygodniu na ok 10 minut przy czym nie dopuszczam do wyschnięcia maski. Działanie glinki różowej jest dobre, ale w porównaniu z glinką czerwoną wypada słabiej. Owszem skóra jest wygładzona, uspokojona, delikatnie oczyszczona, pory zwężone jednak dla mnie glinka niebieska lub czerwona daje o wiele lepszy efekt. Mimo wszystko lubię efekt  po zmyciu  (które jest bezproblemowe w przeciwieństwie do glinki czerwonej) tej glinki. 
Wszystkie zranienia czy rozdrapane krostki szybciej się goją. 
Glinka ta bardzo fajnie łagodzi podrażnienia i uspokaja naczynka.

Jeśli jeszcze nie miałyście do czynienia z glinkami lub wasza cera jest alergiczna ta glinka na pewno Was zadowoli  i na stałe wpisze się w plan pielęgnacji.

Do kupienia TUTAJ ;)

Polecam! ;)

Krem do biustu Soraya BodyDiet24

"Bo o biust należy dbać! Nie dla faceta, a dla siebie samej .. " - tak mawiała nasza pani z pracowni kosmetycznej. I nie chodzi tu tylko o regularne badania, ale także o pielęgnację. 
Jak się okazało o piersi nie troszczymy się już tak jak o skórę twarzy, rąk czy nóg.
Sama dopiero od kilku lat dbam o właściwą pielęgnacje tej najbardziej kobiecej części ciała.
Codziennie wieczorem podczas balsamowania (zwłok ;p) wykonuję delikatny masaż biustu (od wewnątrz do zewnątrz). Zazwyczaj używałam do tego celu  balsamu albo olei. 
Najbardziej lubiłam olej z awokado lub kiełków pszenicy ponieważ poprawiają ukrwienie skóry oraz elastyczność włókien mięśniowych. 
Jednak od kilku miesięcy do codziennej pielęgnacji i masażu piersi
 używam kremu do biustu Soraya BodyDiet24
Z opisu producenta wynika, że krem ten ma nie tylko ujędrnić skórę piersi, ale także zapewnić "efekt push-up", czyli  podnieść i wymodelować kształt biustu. 
Jako, że jestem posiadaczką dużych piersi (niestety) nie zależy mi na tym żeby mój biust wyglądał na pełniejszy. Dlatego też krem ten stosowałam z nutką niepewności. 
Na szczęście (lub na nieszczęście tych głęboko wierzących w zapewnienia producenta) krem nie spełnił wszystkich obietnic producenta.
Skład tego kosmetyku nie powala:
Analizując go widzimy, że producent głównie skupił się na substancjach, które nawilżają i natłuszczają skórę. A przypomnijmy, że producent obiecuje ujędrnienie i modelowanie,

Według mnie krem ten niczym specjalnym nie różni się od zwykłego balsamu do ciała. 
Ma dość lekką konsystencję, która dobrze się wchłania. 
Zapach jest bardzo delikatny, dla niektórych ledwo wyczuwalny.
Jeśli chodzi o działanie to owszem nawilża i wygładza skórę, ale poza tym nie robi nic innego. 
Nie  zauważyłam poprawy napięcia, elastyczności czy jędrności skóry.
Tak więc zapewnienia producenta nie zostały spełnione mimo, że krem ten stosowałam dłużej niż 4 tygodnie. Ja już więcej tego kremu nie kupię ponieważ nie lubię używać różnych kremów do różnych części ciała. Uważam, że "zwykły" balsam czy to nawilżający czy ujędrniający również sprawdzi się do pielęgnacji biustu. 

Krem można kupić w większości drogerii (w rossmanie i naturze na pewno), a jego cena waha się między  12 a 15 zł.

Miałyście okazję używać tego kremu ?
Ciekawa jestem jak Wy moje drogie czytelniczki dbacie o swoje skarby ? ;>

Re.Idra szampon restrukturyzacyjny i Idro serum

Pod koniec zeszłego roku do testów otrzymałam od sklepu Jalyd przeróżne kosmetyki do pielęgnacji i stylizacji włosów. Między innymi 3 produkty firmy Re. Idra

Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami moimi odczuciami po przetestowaniu 
szamponu i Idro serum
Może na początek kilka słów o szamponie restrukturyzacyjnym Re.idra, który znajduje się w oryginalnej buteleczce, która niestety nie chce współpracować z moim aparatem dlatego też zdjęcia nie są zbyt wyraźne ;/ 
Według opisu producenta szampon ten ma nawilżyć, odżywić i zregenerować nasze włosy przywracając im naturalny blask.
Bardzo ciekawy jest sposób użycia.  
Szampon nakładamy na czyste (!!!), czyli już umyte, wilgotne włosy. 
Hmm dla mnie zadaniem szamponu jest oczyszczenie włosów, ale że ten nie zawiera (teoretycznie) substancji myjących musiałabym najpierw umyć włosy "normalnym" szamponem i dopiero później użyć szamponu restrukturyzującego Re. Idra.
Jeśli chodzi o skład tego szamponu to może przerazić
Długi prawda ? ;> A dokładnie prezentuje się tak:
Jak widać po składzie jednak detergenty myjące choć delikatniejsze niż SLES, SLS znajdziemy w  tym kosmetyku (Sodium Myreth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine) dlatego też używałam tego szamponu "normalnie", czyli   myłam nim włosy ;)
Szampon jest bezbarwny, dość lejący i ma bardzo przyjemny, delikatny zapach.
Pieni się świetnie! Wystarczy naprawdę niewielka ilość szamponu żeby uzyskać dużą ilość piany.
Jeśli chodzi o działanie to mam mieszane uczucia. 
Włosy są co prawda błyszczące, miękkie, sprężyste i mniej podatne na puszenia, ale efekty nie są jakoś spektakularne. Jest to dobry produkt, ale niczym się nie wyróżnia, nie daje żadnego efektu wow. Jego cena niestety  nie należy do niskich. - 250 ml szamponu kosztuje 49 zł ;/

Jeśli chodzi o  Re.idra Idro serum to używam go już prawie rok i nie zużyłam nawet połowy produktu. Wydajność jestem na 6! ;)
Buteleczka z pompką o pojemności 80 ml również ma ciekawy kształt. 
Produkt ma żelową, gęstą konsystencję i nie ma problemu z jego wydobyciem.
Zapewnienia producenta zostały spełnione:
Na moje włosy nakładam  2 porcje serum i to w zupełności wystarcza. 
Mimo, że w składzie znajdziemy substancje zapachowe, to produkt zaliczyłabym do bezzapachowych. 
W składzie znajdziemy silikony lotne( cyclopentasiloxane) , ale także dość wysoko  jest olej awokado (persea gratissima).
Tak jak już wspomniałam serum spełnia obietnice producenta. 
Włosy są jedwabiście miękkie, błyszczące i zdyscyplinowane. 
Moje włosy po użyciu serum są wygładzone i proste bez użycia prostownicy ;)
Plusem jest to, że produkt ten nie przetłuszcza włosów i nie obciąża ich.
Serum jak najbardziej moje włosy polubiły i jeśli używacie tego typu produktów to mogę Wam je polecić ;) Cena niestety nie jest niska ponieważ za 80 ml serum zapłacimy 59 zł, ale wydajność sprawia, że opłaca się zainwestować ;)

Jeśli zainteresował Was szampon lub serum zajrzyjcie do TEGO sklepu .

Znacie produkty do włosów Re.idra

Ulubieńcy października

Dawno już na moim blogu nie było notki z ulubieńcami.
Dlatego dzisiaj przedstawię Wam 5 produktów, które w tym miesiącu używałam z wielką przyjemnością. Proszę Państwa oto oni ;)
Październikowe wieczorne seansy w wannie umilał mi olejek do kąpieli Vintage o przepięknym zapachu lawendy.
Zapach tego płynu jest niesamowity - subtelny, odprężający. Dodatek d-pantenolu i kompleksu nawilżającego sprawia, że skóra po kąpieli jest wygładzona i nawilżona. 
Olejek ten można kupić w TESCO. Cena to ok 10 zł, ale jeśli lubicie lawendowe nuty naprawdę warto się skusić ;)

Jeśli jesteśmy już przy zapachach to w październiku pachniałam 
YODEYMA Seducción 
Ponoć jest to odpowiednik zapachu Chloe
Jest to zapach z kategorii pudrowo-kwiatowej. 
Znajdziemy tutaj: bergamotkę, jaśmin i mech dębowy. 
Dla mnie i mojego nosa jest to zapach idealny dlatego też zdecydowałam, że zakupię pełnowymiarowe opakowanie (to co widzicie te bezpłatna próbka, którą zamówiłam na stronie yodeyma.com) ponieważ coś czuję, że w końcu znalazłam swój zapach ;)

W kategorii makijaż ulubieńcami byli:
 antybakteryjny podkład SoCLEAR anti-spot Miss sporty
Podkład ten mam już od maja i naprawdę wyjątkowo przypadł mi do gustu ponieważ dobrze kryje mimo lekkiej formuły, rewelacyjnie matuje, nie daje efektu maski i nie zapycha cery skłonnej do trądziku. Co prawda ostatnio do twarzy cały czas używałam kremu CC Soraya  lub kolastyna, ale ten podkład ratował mnie gdy moja skóra była w wyjątkowo kiepskim stanie. 
Naprawdę polecam Wam ten podkład. 
Ja na pewno przy kolejnej promocji w rossmanie kupię go ponownie ;)

W tym miesiącu w torebce zawsze miałam bibułki matujące firmy Manhattan
80 sztuk w sklepie kosmetykizameryki kupiłam za 4,99 zł
 Poręczne opakowanie zawiera bardzo cienkie "płatki" z bibuły, które zapewniają świetne matowienie. To wszystko sprawia, że śmiało mogę Wam te bibułki polecić ;)

Ostatnim ulubieńcem w tym miesiącu jest 
wybielająca pasta do zębów Himalaya Sparkly White
W paście tej znajdziemy enzymy z papai i ananasa, które usuwają przebarwienia i sprawiają, że zęby są bielsze i bardziej lśniące. Kolejna tubka już kupiona ;)

Znacie moich ulubieńców ? ;>


Dr. Nona sól do kąpieli z Ylang - Ylang

Nie jestem fanką drogeryjnych soli do kąpieli. 
Czasami zrobię sobie kąpiel z leczniczą solą uzdrowiskową lub solą z Morza Martwego jednak o wiele częściej sięgam po przeróżne żele, eliksiry, pianki czy inne płyny do kąpieli.
W moich zapasach kosmetycznych już od roku na użycie czeka 
sól z Morza Martwego Dr. Nona z patchouli, ylang-ylang i anyżem 
Według producenta Sól z dodatkiem ylang-ylang - nazywana jest solą pożądania, ponieważ bardzo tonizuje organizm, przywraca prawidłowe funkcjonowanie systemu nerwowego i zwiększa popęd płciowy. Szczerze przyznam, że tego typu "zapewnienia" producenta mnie bawią. 
Owszem kąpiel z dodatkiem tejże soli rewelacyjnie relaksuje, ale zwiększenie popędu płciowego to chyba lekka przesada.
Ale nie czepiam się, bo może faktycznie komuś sól ta poprawiła życie intymne ;p 
Zastosowanie soli Dr. Nona jest ogromne. 
Wydawałoby się, że można ją dodawać tylko do kąpieli, ale jak się okazuje kąpiel to tylko jedna z możliwości. Oprócz tego sól można wykorzystać w inhalacjach przy przeziębieniu, zapaleniu zatok, chorobach układu oddechowego, a także do nacierania, okładów czy nawet doustnie przy anginach i zatruciach alkoholowych. Ciekawe to prawda ?
Ja używałam tej soli głównie do kąpieli, ale wykorzystałam ją również do zrobienia toniku, a podczas anginy, która ostatnio mnie dopadła sól użyłam do płukania gardła.
Jeśli chodzi o kąpiel to sól wspominam miło ;)
Mimo, że kryształki soli są dość spore to szybko się rozpuszczają i nie drażnią moich stóp oraz delikatnej dupki ;p
Zapach soli jest dość ostry (dla wrażliwców może nawet drażniący), ale w kontakcie z wodą staje się subtelny. Powiem szczerze, że gdybym nie wiedziała co to za zapach to miałabym trudność z  jego rozpoznaniem. Zdecydowanie zapach jest zmysłowy ;)
Po kąpieli  byłam zrelaksowana, ale nie chciało mi się spać. 
Wręcz przeciwnie miałam więcej energii i zapału ;) 
Skóra też skorzystała na tych kąpielach ponieważ stała się bardziej jędrna, odżywiona i zregenerowana ;)
Najbardziej jednak polubiłam tę sól jako główny składnik toniku solankowego. 
Do szklanki ciepłej (przegotowanej) wody dodałam pół łyżeczki soli iiiii koniec ;p  
Takim roztworem przemywałam twarz wieczorem. W efekcie twarz była uspokojona, niedoskonałości szybciej znikały, pozbyłam się również problemu nadmiernego świecenia skóry ponieważ sól reguluje pracę gruczołów łojowych. 
Ostatnie zastosowanie tej soli to płukanka gardła. Co prawda ropne czopy szybciej "zeszły", ale niestety samo płukanie do przyjemnych nie należało. 
Oprócz tego sól można również wykorzystać do zrobienia peelingu (solo lub z dodatkiem miodu), ale nie próbowałam ponieważ ilość peelingów do ciała, które mam jest znacząca ;p 

Jeśli chodzi o skład to jest on inny na stronie producenta i inny na opakowaniu.
Na stronie skład prezentuje się tak: 
Maris Sal (Sea Salt/Dead Sea Salt), Cananga Odorata (Ylang Ylang) Oil, Pogostemon cablin (Patchouli) Oil, Illicium Verum (Anise) Oil, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate.

A na opakowaniu tak: 
Maris Sal (Sea Salt/Dead Sea Salt), Parfum (fragrance), DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate,Pogostemon cablin (Patchouli) Oil, Cananga Odorata (Ylang Ylang) Oil, Illicium Verum (Anise) Oil


Podsumowując: Sól z Morza Martwego Dr. Nona o zapachu paczuli, ylang-ylang i anyżu umila kąpiel jednocześnie poprawia nastrój i pobudza do działania. Dodatkowo odżywia skórę i łagodzi podrażnienia. Ma szeroki wachlarz zastosowań. U mnie najbardziej sprawdziła się jako dodatek do kąpiel i składnik solanki do twarzy. Pomogła również pozbyć się ropnych czopów podczas anginy.
Jeśli lubicie tego typu produkty polecam zajrzeć TUTAJ.
Cena  - 300g soli kosztuje ok 35 zł.


RIMMEL Brit manicure Ivory tower 433

Czasami jest tak, że w naszej pracy kolorowe paznokcie nie są mile widziane. 
Co prawda ja nie mam tego problemu, bo sama sobie jestem szefem i jak mam ochotę na zielono-niebieskie pazurki w czerwone kropki to śmiało mogę takie mieć, ale pamiętam, że na zajęciach zwracano nam uwagę, że lepiej mieć neutralne barwy na płytce paznokcia.
Dlatego też najczęściej sięgam bo kolory jasne, nudziakowe (choć zdarza mi się zaszaleć).
Lakier Rimmel  z serii Brit Manicure w odcieniu Ivory Tower 
idealnie sprawdzi się gdy nie możemy szaleć z kolorami na paznokciach. 
Lakier ma żelową formułę, która zapewnia intensywny połysk. 
Dodatek lycry przedłuża manicure aż do 10 dni, a duży pędzelek maxi brush ułatwia aplikację.
Pędzelek jak widać jest duży. Niekoniecznie przepadam za takimi ponieważ mam wąską płytkę paznokcia, ale jak się okazało całkiem przyjemnie się nim malowało ;)
Konsystencja lakieru nie jest zbyt płynna przez co malowanie jest łatwe i bezproblemowe.
Dzisiaj mija 8 dzień z tym lakierem na paznokciu i jak na razie nie ma żadnego odprysku. 
Starte końcówki może i są, ale przy tak jasnym lakierze trudno je zauważyć ;)
Na paznokciach mam 2 warstwy lakieru ponieważ jednak zapewnia jedynie połysk. 
Kolor jest bardzo delikatny - mleczny lekko wpada w róż 
przez co paznokcie wyglądają schludnie i elegancko.
Nie rzuca się w oczy więc bez obaw można go nosić w pracy ;)
Podczas malowania lakier nie smużył, nie bąbelkował. 
Wysychanie jest błyskawiczne  nawet nie trzeba używać wysuszacza.
Podczas noszenia lakier nie matowieje za co duży plus ;)
Paznokcie nadal pięknie błyszczą i za każdym razem gdy na nie spojrzę jestem zachwycona

Jeśli lubicie takie mleczne, naturalne, błyszczące kolory na paznokciach to ten lakier na pewno przypadnie Wam do gustu. Możecie go kupić w sklepie ezebra.pl za 8,97 zł

Polecam! ;)

Uwaga Bubel!

Już dawno nie było na moim blogu notki ostrzegawczej.
Dziś przedstawię Wam 5 kosmetyków, których moim skromnym zdaniem nie warto kupić.
W zestawieniu będą aż 2 podkłady, 1 tusz i 2 kremy - jeden do rąk, a drugi do ciała.

Zacznijmy od kolorówki.
Pierwszym bublem jeszcze z czasu wakacji jest niebieski tusz do rzęs lubianej przeze mnie firmy Wibo - Celebrity lash.
Podczas wakacji lubię mieć "inny makijaż", a  niebieskie rzęsy idealnie pasują do inności ;p  
W zeszłym roku hitem okazał się niebieski tusz do rzęs Flormar (recenzja KLIK) dlatego też w tym roku postanowiłam spróbować "niebieskacza" z Wibo. 
Tusz kosztował ok 10 zł i niestety okazał się bublem totalnym ;/
Szczoteczka jest ostra i sztywna, a formuła sucha przez co rzęsy są szarpane ;/ Niestety tusz stosowany solo nie prezentuje się ładnie - owszem rzęsy są niebieskie, ale jest to dość jasny odcień. Rzęsy są posklejane i nierównomiernie pokryte mascarą przez co wyglądają na nieschludnie ;/  Ostatecznie tusz ten nakładałam tylko na końcówki rzęs pomalowanych wcześniej czarną mascarą. Jestem na NIE i NIE polecam!

Kolejnymi bublami są 2 podkłady.
Maybelline Affinitone kupiłam pod wpływem blogerek podczas promocji w rossmanie
Niestety nie pokochałam go szczerą miłością jak blogerka Miłka z Opola.
Jest to nawilżający, bardzo płynny fluid, który na mojej skórze powodował jedynie nadmierny połysk. Mimo, że wg producenta przeznaczony jest do każdego rodzaju skóry to niestety do mieszanej się kompletnie nie nadaje. 

Drugim podkładem, który niestety też się nie spisał jest Bourjois BIO detox organic foundation
 Skusiłam się na ten podkład podczas zakupów w sklepie kosmetykizameryki. 
Jego cena wynosiła 30 zł więc jak na kosmetyk tej marki nie jest to dużo. Co ciekawe podkład ten zawiera chlorofil, który niby dotlenia skórę i filtruje zanieczyszczenia. Podkład  zawiera 98.8% składników naturalnych. Ma zapewnić świeży, matowy wygląd bez efektu maski.
Hmmmm jak zwykle producenta trochę poniosła fantazja. 
Kolor podkładu (light beige) jak dla mnie jest idealny, ale niestety ciemnieje w ciągu dnia. Konsystencja jest lekka, a zapach specyficzny.
 Co prawda po nałożeniu cera wygląda dobrze - jest matowa, wszystkie niedoskonałości są pokryte, ale niestety czuje się makijaż na twarzy czego ja nie lubię ;/ 
Najgorsze jednak jest to, że podkład błyskawicznie zasycha na twarzy i naprawdę trzeba w ciągu kilku sekund zrobić makijaż ;/  Późniejsze poprawki są niemożliwe.
Minusem jest też to, że stan mojej cery po kilkukrotnym użyciu tego podkładu wyraźnie się pogorszył. Tak więc żałuję, że skusiłam się na ten podkład i radzę go unikać!

Teraz przejdziemy do kosmetyków pielęgnacyjnych choć pielęgnacyjne to one tylko z nazwy są ;/
Tutaj bublami wg mnie i mojej skóry jest balsam do ciała, a właściwie wygładzające serum antycellulitowe LUMENE z ekstraktem z arktycznej żurawiny 
Zapewnienia producenta i skład:
Jest to bardzo słabej jakości balsam o słodkawych zapachu, który nie spełnia obietnic producenta i nie chodzi mi tutaj o redukcję cellulitu (no bo chyba nikt w to nie wierzył) tylko o elastyczność, nawilżenie i odżywienie skóry. Ten balsam poza zapachem nie robi nic ;/
Totalny bubel!

Ostatnim niewydarzonym kosmetykiem jest dość drogi krem do rąk firmy Bath&Body works
True blue SPA PARAFFIN
Jedyne co mi się w tym kremie podoba to szata graficzna ;)
Zapach jest landrynkowy, czuć cytrynkę ;) Co prawda nie przepadam za takimi nutami, ale zapach do złych nie należy. W składzie na drugim miejscu znajdziemy mineral oil, ale nie ma co się burzyć wszak producent ładnie podkreśla, że krem jest "parafinowy".
Niestety dla mnie krem okazał się bublem nie ze względu na skład (bo parafina w kremach do rąk mi nie przeszkadza), ale działanie.
A działanie jest tylko natłuszczające - bardzo natłuszczające.
Mam wrażenie, że krem w ogóle się nie wchłania - dłonie się błyszczą i lepią.
Dlatego też stosowałam go tylko na noc (taka parafinowa nocna terapia), ale rano niestety moje dłonie nie zachwycały.
Uważam, że poza natłuszczeniem ten krem nic nie robi - żadnego obiecanego nawilżenia, wygładzenia czy zmiękczenia nie ma ;/  Bubel i tyle w temacie!

Uważam, że w naszych drogeriach są o wiele lepsze i tańsze kremy do rąk jak choćby jaskółcze ziele z Green Pharmacy (klik)

I to wszystkie buble na jakie natrafiłam w ostatnim czasie.
Czy znacie te produkty ?
A może któryś z nich jest Waszym hitem ? ;>



ORGANIQUE maska algowa oczyszczająca ANTI ACNE

Do recenzji maski algowej firmy Organique zabierałam się od kwietnia.
Algi są dobre niektórzy uważają, że bardzo dobre, dla mnie są ok, ale zdecydowanie bardziej wolę maski zmywalne niż ściągane. Dlatego też ciężko mi było zabrać się za przetestowanie tejże maski.
Na co dzień to ja zajmuję się dopieszczeniem skóry klientek jednak w czwartek odwiedziła mnie Kasia  z bloga kasias1980 i zafundowała mojej skórze miłe doznania ;)
Przy okazji przetestowałam maskę algową - oczyszczającą ANTY ACNE firmy Organique
Producent obiecuje, że maska ta oczyści skórę z toksyn oraz złagodzi stany zapalne,
 a także zadziała antybakteryjnie 
Według producenta 30 g saszetka wystarczy na jeden zabieg, co niestety nie opłaca się ponieważ saszetka kosztuje 18 zł. Jednak wg mnie produktu wystarczy na przynajmniej 2 maseczki. No chyba, że chcecie nałożyć ją również na dekolt wtedy musicie użyć całe opakowanie.
Pamiętajmy jednak, że maska algowa musi być nałożona grubszą warstwą ponieważ zbyt cienka nie pozwoli na bezbolesne jej zdjęcie.
Przygotowanie maseczki nie jest zbyt problematyczne: 
do proszku  dodajemy tyle wody żeby uzyskać gęstą masę ;)
Następnie wszystko mieszamy plastikową lub drewnianą szpatułką i szybko nakładamy na twarz.
Na szczęście algi Organique nie zastygają w ekspresowym tempie ;)
Warto zabezpieczyć włosy czepkiem i chusteczkami ;)
Maska algowa anti acne  jest koloru szarego i ma dość intensywny zapach. 
Wyraźnie wyczuwa się olejek z drzewa herbacianego. Zapach jest ostry, ale można się do niego przyzwyczaić. Jako, że algi te zawierają mentol nie można nakładać ich na oczy.
Maska intensywnie chłodzi skórę tak więc jest idealna podczas upałów jednak w jesienne wieczory niekoniecznie ;p  Szczerze przyznam, że z trudem wytrzymałam 15 minut.
Po tym czasie maseczka została zdjęta - ładnie odchodziła choć nie zeszła w całości. 
Na brzegach, w okolicach nosa i skroni trzeba była użyć wacika z tonikiem.

Jeśli chodzi o efekt to mam mieszane uczucia. Skóra nie była jakoś specjalnie uspokojona wręcz przeciwnie po kilku minutach zrobiła się czerwona i zaczęła piec.
Byłam rozpalona (nie mylić z napalona) i czułam się tak jakbym na twarzy miała maseczkę paprykową. Zbytniego oczyszczenia też nie zauważyłam.
 Jedynie wygładzenie i napięcie skóry było odczuwalne ;)
Powiem Wam, że maseczka ta mnie rozczarowała i raczej nie skuszę się na jej ponowny zakup.

O wiele lepszy efekt wg mnie dają glinki 
- wtedy naprawdę czuję oczyszczenie, detoks i odżywienie skóry. No i jeszcze pory są zwężone ;)

Jeśli ciekawią Was kosmetyki Organique lub inne kosmetyki naturalne zajrzyjcie do Zielonej Mydlarni w Katowicach tam każdy znajdzie coś dla siebie ;)

--------------------------------------------------------------------------------------------
Kasi dziękuję za zabieg SPA, a Klaudii z Zielonej Mydlarni za możliwość  przetestowania maski algowej Anti acne Organique
-------------------------------------------------------------------------------------------
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...