Ziaja zmysłowa pielęgnacja i relaks

W moim domu ilość żeli pod prysznic przekroczyła już dawno próg magicznej 10. Kiedyś miałam taki wewnętrzny limit, że w szafce może być tylko (albo aż) 10 żeli w zapasie. Jednak jako żelomaniaczka nie mogę się powstrzymać przed kupnem nowych umilaczy kąpieli i obecnie moja kąpielowa kolekcja liczy już ponad 30 sztuk przeróżnych żeli, pianek, musów, galaretek czy olejków pod prysznic i do kąpieli. Jedną z nowości są dwa nowe żele pod prysznic firmy Ziaja
Żele kupiłam w małej, osiedlowej drogerii bez sprawdzenia zapachu. Co prawda ziaja nie ma jakiś mega super fajnych żeli (poza niebieską wersją SopotSPA), ale tutaj zadziałał marketing, czyli nazwa żelu oraz fakt, że są to nowości. Cena oczywiście też była wyznacznikiem. Buteleczka kosztuje 6 zł co nie jest wygórowane, ale w porównaniu z Isaną, którą bardzo często można kupić za 2,49 wychodzi drogo ;/
W sumie to nie są żele, a kremowe mydła pod prysznic i do kąpieli, ale używa się ich tak samo jak żeli więc dla mnie są żelami ;p Esencja tropikalnego kokosu ma zapewnić nam zmysłową pielęgnacje i relaks
Ja co prawda za kokosowymi kosmetykami nie przepadam, ale ta zmysłowość mnie zmyliła. Niestety zapach tego żelu kokosem nie pachnie wcale! Jak dla mnie i mojego nosa zapach bardziej przypomina gumę do żucia albo pomarańczową oranżadę. Zero kokosowych nut!;/ Zapach nie jest zły, ale na pewno nie zmysłowy. Opis producenta mocno przesadzony,a skład tradycyjny -  żelowy, drogeryjny, bez rewelacji
W sumie mocno mnie ten żel, czy jak twierdzi producent mydło rozczarowało. Owszem skórę oczyszcza, dobrze się pieni, nie podrażnia, ale na pewno niczym szczególnym - a już na pewno nie zapachem - się nie wyróżnia. Ot! średniaczek, zwyklaczek! ;/

Wersja z olejkiem ylang-ylang i paczulą wcale nie wypada lepiej
Zapach jest dziwny, jak dla mnie ma ziołowe nuty. Jestem bardziej otulający niż kokos i absolutnie nie daje orzeźwienia. W ogóle moim zdaniem kokos jest bardziej orzeźwiający, a ylan-ylang zmysłowy i relaksujący. Czyli w sumie odwrotnie niż sugeruje producent na opakowaniu ;p
Skład i działanie obu żeli są bardzo podobne, różnią się w zasadzie jedynie zapachem, który mnie mocno rozczarował ;/

Osobiście tych żeli/mydeł nie polecam, a już na pewno nie w takiej cenie.

Maybelline Lash Sensational waterproof

Z tuszami do rzęs mam duży problem. I nie chodzi tu o to, że moje rzęsy są w śladowych ilościach. Wręcz przeciwnie! Mam dość długie swoje rzęsy i dlatego mascara nie musi ich wydłużać, ale zależy mi na ich dokładnym rozczesaniu, pogrubieniu i podkręceniu. Bardzo ważne też jest to żeby mascara się nie osypywała i nie odbijała na dolnej powiece. Gdy pytałam Was o polecenie dobrej mascary to bardzo często doradzałyście mi tusze do rzęs Maybelline.
Podczas ostatniej  - kolorówkowej promocji w rossmanie skusiłam się na Maybelline Lash Sensational waterproof
Wybrałam wersję wodoodporną ponieważ wydaje mi się, że jest ona trwalsza niż "tradycyjna", a że noszę soczewki kontaktowe i moje oczy często łzawią to bezpieczniej jest mieć tusz, którego nie rozpuści pierwsza lepsza łza. Jednak już teraz wiem, że oprócz mascar wodoodpornych czy jak kto woli wodoopornych powinny być jeszcze tusze sebumodporne .... Szczoteczka tej mascary jest specyficzna o czym wspomina już na opakowaniu producent
Faktycznie jest ona unikalna. Silikonowa, zaokrąglona z wypustkami różnej długości. Niby taka budowa pozwala dokładnie wyczesać i pogrubić każdą rzęsę jednocześnie dając efekt wachlarza rzęs.
Jednak trzeba się nauczyć malować tą szczoteczką. Ja pierwsze kilka razy podczas aplikacji nieźle się ubrudziłam, ale do wprawy doszłam ;p Jednak mimo wszystko nie jest i raczej nie będzie to mój ulubiony kształt tuszowej szczoteczki.

Producent zapewnia, że mascara sprawdzi się w trudnych warunkach atmosferycznych, a także podczas uprawiania sportu ponieważ jej formuła jest odporna na wilgoć i nie rozmazuje się. Jednocześnie pięknie podkreśla - pogrubia i podkręca rzęsy dając efekt wachlarza rzęs.

Ja jednak mam wiele zastrzeżeń do tego tuszu. Po pierwsze tusz już po kilku godzinach odbija się na dolnej powiece, ale podczas demakijażu ciężko go zmyć nawet tłustymi środkami takimi jak płyn dwufazowy czy olej kokosowy. Tak! Można sobie prędzej rzęsy powyrywać niż go zmyć ;/ Ale efekt pandy daje ;/

Po drugie jego konsystencja jest smołowata i lubi sklejać rzęsy. Początkowo skleja je niesamowicie dopiero po kilku tygodniach jak lekko zaschnie i nauczymy się operować szczoteczką to można nim ładnie podkreślić oko

Jak widzicie rzęsy są lekko pogrubione, rozdzielone, ale jak dla mnie bez efektu wow mimo, że kilka dziewczyn jak użyłam tego tuszu myślało, że mam sztuczne rzęsy, Jak dla mnie efekt nie jest spektakularny. Może z boku faktycznie wygląda to ok, ale patrząc normalnie nie do końca jestem zachwycona. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć efekt zaraz po otwarciu (lewe zdjęcie) oraz po kilku dniach
Jak mam być szczera liczyłam, że mascara tej firmy bardziej mi się spodoba i będę chciała poznać inne, ale jakoś nie czuję potrzeby tym bardziej, że efekt pandy jest mocny i szybki, a demakijaż mimo wszystko problematyczny ;/
W promocji ta mascara kosztowała niecałe 20 zł więc idzie przeżyć jednak nie jest to tusz jakiego szukam i na pewno kolejny raz  w mojej kosmetyczce nie zagości, a także nie będę go polecać, bo znam lepsze tusze.

Lubicie mascary firmy Maybelline ?

Lirene No Pores

Baz pod makijaż nie używam, za firmą Lirene nie przepadam więc jak to się stało, że kupiłam matującą bazę pod makijaż Lirene No Pores zmniejszającą widoczność rozszerzonych porów ? Przez Was kochane i przez promocję rossmanaa ;p
Naczytałam się o tej bazie tyle dobrego, że będąc w rossmannie podczas słynnej promocji -55% skusiłam się i nie żałuję ;)
Nie jest to typowa baza, która tylko wygładza skórę. Owszem jej skład bajeczny nie jest i opiera się na silikonach jednak nie pogorszyła ona stanu mojej skóry, nie zauważyłam zapchania mimo, że używam jej już od ponad 2 miesięcy prawie codziennie
Baza faktycznie tak jak zapewnia producent ładnie zmniejsza widoczność rozszerzonych porów, ma działanie matujące i sprawia, że podkładu używa się mniej. Zaraz po aplikacji skóra jest trochę lepką i tępa, ale po chwili to uczucie znika. Nie ma też efektu jak przy innych bazach, czyli, że skóra jest niczym jedwab. U mnie tego nie ma. Owszem podkład się lepiej rozprowadza, używa się go mniej, nie wchodzi on w pory i nie podkreśla "punkcików"
Jestem z tego produktu bardzo zadowolona i z przyjemnością oraz bez obaw jej używam ;) Nie jest to kosmetyk tłusty, czy ciężkim. W ciągu dnia nie czuje się go na skórze i tak jak już napisałam nic złego ta baza mi nie zrobiła (w przeciwieństwie do bazy kobo, która tak mnie zapchała, że tygodniami dochodziłam do siebie ;/). Nie wiem czy skuszę się na drugie opakowanie, bo na razie mam jej jeszcze sporo ponieważ jest wydajna. Jej cena to chyba coś ponad 20 zł, ale wydaje mi się, że jeśli macie problem z rozszerzonymi porami to warto się z tą bazą poznać bliżej. Mimo, że dobrze się ona u mnie sprawdziła to nadal do marki nie jestem przekonana ;/ 

Lubicie kosmetyki Lirene ?;>

Palmer's kokosowy balsam do ciała

Z kosmetykami do twarzy Palmer's nie mam dobrych wspomnień. Miałam peeling <recenzja klik> i żel do mycia twarzy <recenzja klik> i moje zdanie o nich nie było najlepsze. Dlatego też gdy widziałam te kosmetyki omijałam je szerokim łukiem. Na III edycji Meet Beauty <relacja klik> każda z nas otrzymała paczuszkę od firmy Palmer's gdzie między innymi był kokosowy balsam do ciała
Kosmetyki Palmer's mają charakterystyczny wygląd. Biała, klasyczna buteleczka balsamu jakoś nie szczególnie wyróżnia się na sklepowej półce. Przynajmniej moim zdaniem. Producent zapewnia, że kosmetyki mają dobre składy pozbawione parafiny, ftalanów, parabenów, siarczanów oraz barwników. Faktycznie skład tego balsamu jest bardzo na plus
Bardzo wysoko jest ekstrakt z kokosa, olej kokosowy oraz masło shea. Znajdziemy tu także masło kakaowe,olej słonecznikowy, olej monoi oraz olej ze słodkich migdałów. Naprawdę skład jest przyjemny i to nie tylko dla oka ;)
Balsam kokosowy Palmer's jest balsamem nawilżającym. I naprawdę taki jest. 
Fenomenalnie nawilża skórę i to przez długi czas! Ma gęstą konsystencję, która zaraz po rozprowadzeniu tworzy białą powłokę co mogłoby sugerować, że balsam ciężko się wchłania, ale nic bardziej mylnego. Balsam bardzo dobrze się wchłania i pozostawia skórę mięciutką, nawilżoną, elastyczną i ukojoną. Tak! balsam ten bardzo dobrze koi skórę np. po depilacji lub po spotkaniu ze słońcem czy owadami. Uważam, że lepiej radzi sobie z poparzeniami słonecznymi niż nie jeden balsam typu "after sun". Sprawdzone ;)
Do tego cudownie pachnie. Ja nie przepadam za zapachem kokosa w kosmetykach, bo zazwyczaj jest to kokos sztuczny, dla mojego nosa drażniący. Jednak ten balsam pachnie prawdziwym kokosem tzn. tak jak nierafinowany olej kokosowy. Przepiękny zapach, który zostaje z nami na dłużej ;)

 I jeszcze jedna zaleta tego balsamu - wydajność. Jest to bardzo wydajny balsam. Używam go codziennie od równo miesiąca i zużycie to jakaś 1/3 opakowania, a nie ograniczam się w balsamowaniu, bo akurat teraz moja skóra jest wyjątkowo wymagająca i nie oszczędzam na jej nawilżaniu ;)

Jak widzicie kokosowy balsam Palmer's sprawdza się u mnie świetnie i zdecydowani mogę go nazwać ulubieniec ostatniego miesiąca. Tym samym firma Palmer's zainteresowała mnie swoimi innymi produktami do ciała (bo do twarzy raczej nic mnie już nie skusi choć maseczka enzymatyczna trochę kusi), a zwłaszcza balsamami do ciała oraz kremami do rąk. Bardzo ciekawi mnie ich nowość (chyba nowość) balsam brązujący, ale cena (ok 50 zł) jest trochę wygórowana ;/

Cena tego balsamu też jest bardzo przyjemna - obecnie w rossmanie jest on w promocji i kosztuje 14,99 zł, a normalnie to jakieś 20 zł więc można sobie pozwolić ;)

Ja Wam ten balsam szczerze polecam, a jeśli uwielbiacie naturalny zapach kokosa to będziecie w raju ;)

Znacie kosmetyki Palmer's ? Co o nich sądzicie ?

TAG: Moje włosy

Tagów dawno nie było dlatego dzisiaj zapraszam Was na tag włosowy. Przygotowania do tej zabawy zajęły mi sporo czasu, a na ostatnie zdjęcie poświęciłam kilka godzin wiec bardzo Was proszę doceńcie to ;p

Z włosami eksperymentuję od 15 lat. Po komunii ścięłam włosy i w sumie od tamtego czasu nigdy nie miałam włosów dłuższych niż do ramion. Za to kolory miałam przeróżne. Naturalnie jestem blondynką - mam tak jak 80% polek mysi blond, który nigdy mi się nie podobał i zawsze twierdziła, że to taka "sraczkowata zieleń", bo ja naprawdę widziałam zielone pasma. Przez kilka lat (na studiach) farbowałam się na przeróżne odcienie średniego i ciemnego blondu oraz jasnego brązu potem zakochałam się w ciemnym brązie, po którym przyszedł czas na odcienie kasztanu. Lubiłam siebie w ciemnych czerwieniach, ale że kolor ten szybko się wypłukuje to po 3 latach miałam dość i zaczęłam nosić się na coraz ciemniejsze brązy i na czarnych włosach, które mam obecnie się skończyło. Z perspektywy czasu (i z ostatniego zdjęcia) wiem, że w ciemnych włosach mi najlepiej, a moja przygoda z kurczaczkowym blondem to było nieporozumienie. 
1. Krótko opisz swoją codzienną pielęgnację włosów.
Moja codzienna pielęgnacja jest bardzo ograniczona. Każdego ranka myję włosy i co kilka dni używam odżywki. W zależności jakiego szamponu użyję stosuję odżywkę w sprayu, jedwab, olejek lub krem BB z Dove. Codziennie też suszę moje włosy suszarką i mimo, że wiem, że to dla włosów nie zdrowe to jakoś nie zauważyłam żeby było im źle. Prostownicę też używam, ale już nie codziennie ;p 


2. Ile szamponów stoi w Twojej łazience?
Dużo. Kto czyta mnie regularnie wie, że moje włosy nie lubią używania przez kilka dni tego samego szamponu dlatego w ciągu tygodnia używam 2 lub 3. Obecnie otwartych mam 5 szamponów i 7 czeka w zapasach ;p

3. Chomikujesz zapasy szamponów i odżywek, czy raczej kupujesz na bieżąco?
W sumie produkty do włosów kupuję rzadko. Co prawda mam spore zapasy ( obecnie 12 szamponów, 8 odżywek, 6 masek, 5 olejków i jeszcze kilka innych rzeczy), ale to wszystko przesyłki PR oraz prezenty przywiezione z konferencji Meet Beauty ;)

4. Jaki był pierwszy świadomy zabieg na włosy, który sobie zafundowałaś?
Pierwszym było nałożenie ziołowej henny w pierwszej klasie LO. I wszystko byłoby pięknie gdybym wybrała hennę bezbarwną lub w  kolorze jasnego brązu. Jednak henna którą kupiłam marki Venita była w  kolorze chny .... A że wtedy miałam jasne włosy to po 2 godzinnym zabiegu regenerująco-odżywczym moje włosy owszem były cudownie błyszczące, miękkie i w kolorze "Ani z zielonego wzgórza".... I tak zaczęła się moja przygoda z farbowaniem włosów ... bo wierzcie mi na słowo miedziane włosy to nie moja bajka.

5. Kto ma włosy takie, jakie Ty chciałabyś mieć?
Hmm Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ja ogólnie lubię swoje włosy i nie uważam, że są złe. U innych jak co to podoba mi się fryzura zwłaszcza bob ;)

6. Czym się kierujesz przy wyborze włosowego kosmetyku?
Tutaj na pewno nie składem, bo tak jak moja skóra uwielbia naturalne kosmetyki tak włosy się z nimi nie lubią. Więc głównym wyznacznikiem jest cena, zapach i bajeczki producenta ;p Tak, tak jestem naiwna i wierze w opis znajdujący się na opakowaniu.

7. Gdybyś mogła przez jeden dzień nosić dowolną, nawet najbardziej kosmiczną fryzurę a potem powrócić do poprzedniego uczesania - co byś wybrała?
Hmmm kuszące ... może chciałbym wiedzieć jak to jest mieć włosy do pasa i móc z nich robić różne koki ;p 

8. Wymień co najmniej jeden włosowy "must have".
Zdecydowanie szampon. Takim moi niezawodnym ulubieńcem jest szampon przeciwłupieżowy H&S przeciw wypadaniu <recenzja klik> i gdy moje włosy zaczynają szaleć to on przywraca im równowagę ;)

9. Szczotka z włosia, tangle teezer a może grzebień? Czym się czeszesz?
Mam szczotkę z włosia dzika <recenzja klik> oraz TT <recenzja klik> Obecnie mam TT do włosów kręconych i grubych jednak zdecydowanie najbardziej lubię klasyczny Tangle Teezer, do którego wrócę na dniach ;)

10. Czy jesteś zadowolona z obecnej długości swoich włosów?
Tak choć muszę jeszcze zapuścić tak do 5 cm przód i wtedy będę mieć fryzurę idealną  ;) No chyba, że wpadnę za kilka dni na inny szalony pomysł ;p Jeśli chodzi o cięcie to szczerze przyznam nie obawiam się ścinania włosów ;)

11. Jaka była Twoja największa wpadka związana z rewolucjami na Twojej głowie?
O jacie! Przeszłam dużo "metamorfoz", ale to w sumie były lata szalonej młodości. Miałam włosy w różnych długościach - przez kilka lat nosiłam modnego wtedy grzybka, miałam też "męską" fryzurę, ale chyba największą wpadką były blond pasemka, które u mnie wyszły kurczaczkowo ;/ 

12. Jaka była Twoja najbardziej szalona fryzura?
Moje fryzury nigdy nie były szalone choć w gimnazjum zaczesywałam grzywkę "na elwisa"  ;p Chyba jednak najbardziej szaloną w moim odczuciu było ścięcie włosów na męsko i zafarbowanie ich na jasny blond - zdjęcie z żółtym kubkiem


To tak w skrócie prezentuje się moja włosowa historia. Chętnie poznam Wasze, a zwłaszcza Kasiu - glowlife- Twoją ;)

A Waszym zdaniem w jakim kolorze mi najlepiej ? ;>

Etja olej z orzecha laskowego

Oleje w mojej wieczornej pielęgnacji są niezastąpione. I mimo, że czasami zdradzam je z kremami  (ale tylko naturalnymi lub z dobrym składem) to i tak zawsze do nich wracam i obiecuję sobie, że to już ostatni raz. Mam swoje ulubione oleje, które przy mojej kapryśnej cerze rewelacyjnie się sprawdzają (tak sobie myślę, że może stworzę osobny olejowy wpis, w którym opowiem Wam o moich ulubionych olejach, co Wy na to ?), ale bardzo też lubię poznawać nowe olejowe cuda. W zeszłym roku podczas dnia ziół skusiłam się na olej z orzecha laskowego firmy Etja
Z produktami Etja się lubię nawet bardzo ponieważ jeszcze żaden ich olej czy olejek eteryczny mnie nie zawiódł. Dodatkowo produkty mają dobre składy bez zbędnych zapychaczy i bardzo przyjazną cenę.
Olej z orzecha laskowego przeznaczony jest do cer tłustych, mieszanych, problematycznych, ale także tych wymagających odżywienia i regeneracji. W sumie jedynie osoby uczulone na orzechy powinny z nim uważać. 
Olej przez 3 miesiące bardzo dobrze pielęgnował moją kapryśną cerę i nawet po licznych kosmetycznych szaleństwach trzymał ją w ryzach. 
Olej z orzecha laskowego nie jest ciężkim olejem wręcz przeciwnie. Szybko się wchłania, daje satynowe wykończenie i nie ciąży na skórze. Można go używać pod makijaż choć ja zdecydowanie bardziej wolę używać oleje na noc.
Olej mieści się w szklanej buteleczce z ciemnego szkła. Ma dozownik więc używa się go bezproblemowo. A działanie jest bardzo, bardzo dobre. Skutecznie nawilża skórę dzięki czemu u mnie krem dzienny nie jest potrzebny. Ładnie też cerę uspokaja, łagodzi podrażnienia, koi i wzmacnia rozszerzone naczynka, przyspiesza gojenie niedoskonałości i zapobiega ich powstawaniu. Do tego uelastycznia i delikatnie ujędrnia skórę. Moim zdaniem olej ten sprawdzi się o wiele lepiej niż niejeden drogi krem do twarzy. A cena tego oleju to ok 10/13 zł więc śmiało można wypróbować. Olej zawsze nakładam na lekko zwilżoną (najlepiej tonikiem, hydrolatem lub wodą termalną) skórę, czasami mieszam olej z kwasem hialuronowym lub serum nawilżającym (o dobrym składzie), można też mieszać olej z żelem aloesowym. Świetnie też sprawdzał się duet serum antybakteryjne Fitomed <recenzja klik> + ten olej ;)

Jak dla mnie olej z orzecha laskowego to jeden z lepszych olei przeznaczony do cer problematycznych i na pewno znajduje się na liście olei godnych polecenia. Z tego co wiem można go także stosować w pielęgnacji włosów jednak ja tego nie sprawdzałam bo moje włosy z czystymi olejami się nie lubią.

Znacie produkty Etja ? Miałyście okazję kiedyś używać oleju z orzecha laskowego ?

Bubel! L'Oreal Colorista Paint #cherryred

Nie planowałam dzisiaj notki, ale poranne farbowanie nowością L'Oreal sprawiło, że zmieniłam zdanie. Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o nowym - totalnym bublu firmy L'Oreal jakim jest farba (trwała koloryzacja) Colorista Paint w kolorze #cherryred
Ostatnio bardzo modne są kolorowe włosy. Mnie od kilku miesięcy marzą się czerwone, a nawet różowe końcówki. Jednak cały czas nie potrafiłam się zmobilizować i mimo, że czerwony rozjaśniacz już dawno kupiony to czasu i sił na farbowanie brak. Z pomocą przyszła nowość L'Oreal trwała kremowo-żelowa farba, która ma w prosty sposób pomóc nam osiągnąć nietypowy, ale jednocześnie modny kolor włosów
Producent koloru #cherry red nie zaleca do włosów jasnych wręcz odradza używania go przez blondynki. Ja mam ciemne włosy więc wydawało mi się, że ta wersja jest dla mnie odpowiednia
 Postanowiłam zaryzykować i poddać się koloryzacji L'Oreal mimo, że za firmą nie przepadam, ale kolor bardzo mi się podobał i w sumie to on -kolor-  przekonało mnie do zakupu. Cena wcale nie jest atrakcyjna, bo normalnie farba kosztuje ok 30 zł (ja zazwyczaj wybieram Joanne za 6 lub 8 zł i jestem bardzo zadowolona), ale obecnie w rossmannie jest promocja i wszystkie produkty Colorista dostaniecie za 20 zł. 
W opakowaniu znajdziemy prawie wszystko co potrzeba do farbowania. Jest specjalnie stworzony pędzelek, są rękawiczki i standardowo farba, utleniacz i balsam po koloryzacji
Nie mam zdjęcia, bo tak jak wspominałam nie planowałam recenzji tego produktu.  Pędzelek, który dołączony jest do farby nie jest zły, ale nie powiedziałabym że jest "unikalny". Normalny syntetyczne włosie. 
Nic specjalnego. Instrukcja jest bogata, znajdziemy tutaj porady jak uzyskać oczekiwany efekt.
Farba ma tak jak zapewnia producent żelowo-kremową konsystencję, nie jest trudna w aplikacji, nie spływa, ale że początkowo ledwo ją widać to dopiero po kilku minutach widzimy gdzie przez przypadek niechcącą ją nałożyliśmy lub gdzie nam trochę nakapało. Farbę nałożyłam zgodnie z instrukcją na końcówki, bo początkowo chciałam mieć tylko inne kolorek na końcach, ale że farba jest dość wydajna, a ja ostatnio obcięłam mocno włosy (przez ich nadmierne wypadanie) to w sumie zafarbowałam całą czuprynkę. Mieszankę trzymałam 30 minut. 
W czasie farbowania nic mnie nie piekło, nie drażniło jedynie kolor który się tworzył trochę mnie zastanawiał
Na zdjęciu widzicie mnie przed koloryzacją (i bez makijażu), w czasie farbowania i po ....
Niestety po zmyciu i wysuszeniu włosów efektu #cherry red nie było ;/
Owszem włosy były jedwabiste, niesamowicie miękkie i lśniące, kolor który wyszedł podoba mi się, ale to nie jest kolor który obiecuje producent. U mnie wyszła czerń i nawet nie ma mowy o wiśniowej poświacie w słońcu! Taki sam efekt uzyskam używając farby Joanna Naturia, która bardzo często jest w promocji i można ją kupić za 4,99 zł
Zobaczcie włosy są śliczne, ale kompletnie nie w kolorze #cherry red

Dlatego też dla mnie ta farba to bardzo drogi bubel, bo efekt końcowy absolutnie nie jest taki jak obiecuje producent. I jeszcze jakby farba nie była przeznaczona do ciemnych włosów to bym się nie czepiała, ale tutaj producent zaleca ten odcień i ten produkt do włosów ciemnych. Jestem rozczarowana i czuję się oszukana, całe szczęście, że lubię siebie w tak ciemnych prawie czarnych włosach dlatego nie jestem skaza na zamknięcie przez kilka dni.

Swoją opinią podzieliłam się już na istagramie i tam dziewczyny piszą, że może po kilku myciach będzie lepiej. Może będzie tego jeszcze nie wiem, bo wpis jest tworzony na świeżo, ale jeśli tak się stanie to producent powinien napisać, że efekt #cherryred widoczny będzie dopiero po kilku umyciach ;/  Nie sądzicie ?
Na pewno za kilka dni napiszę tutaj jak się kolor "zmywa", ale teraz jestem tak zła że musiałam się tym z kimś podzielić. Padło na Was ;p 

Jeśli macie ciemne włosy i kuszą Was takie nowe-modne kolory to moim zdaniem o wiele lepiej sprawdzi się Joanna Naturia w kolorze czerwona porzeczka, dojrzała wiśnia, głęboki burgund czy śliwkowa oberżyna. Wyjdzie  Was to taniej (i to znacznie), a efekt na pewno będzie bardziej widoczny.

Kolejny już raz firmie L'Oreal mówię stanowcze NIE ;/ 

La Roche-Posay Toleriane ultra krem na okolice oczu

Moja okolica oczu nie jest jakoś specjalnie wymagająca.  Jak większość osób mam ciemne podkówki, które ostatnio ze względu na nienajlepszy stan zdrowia są wyjątkowo widoczne. Same oczy są wrażliwe, nawet bardzo i jako że noszę soczewki muszę uważać z kremami pod oczy. Najczęściej o ten obszar dbam za pomocą olei lub masła shea, ale czasami skuszę się na jakiś krem. 
Ostatnio takim kremem pod oczy jest kosmetyk La Roche Posay Toleriane Ultra przeznaczony do skóry bardzo wrażliwej i alergicznej
Jest to delikatny krem przeciw obrzękom oraz zmniejszający dyskomfort. Według producenta krem ten idealnie sprawdzi się u osób noszących soczewki kontaktowe, mających problem z alergiami, zaczerwienionym okiem oraz z wszelkimi podrażnieniami.
Skład kremu jest ok choć mógłby on być krótszy i pozbawiony kilku składników. Jednak mimo to krem tak jak zapewnia producent jest delikatny i nie wywołuje żadnego podrażnienia czy łzawienia oczu
Bardzo ciekawe jest opakowanie tego kremu. Maleńka - 20 ml buteleczka ma opakowanie nowej generacji dzięki któremu produkt wykorzystany zostanie do końca i w aplikatorze nie będzie resztek kremu, które bardzo często zasychają i są pożywką do bakterii
Krem tak jak wspominałam jest delikatny, ale bardzo dobrze skórę nawilża. Na pewno nie likwiduje obrzęków czy nieestetycznych podkówek, ale skóra nie jest ściągnięta, oczy nie łzawią, a cała okolica jest miękka i ... zdecydowanie wygląda lepiej. Dla osób bardzo wrażliwych czy z alergiami wydaje mi się, że ten krem będzie odpowiedni. Jedynie cena troszkę przeraża, bo za 20 ml musimy zapłacić ok 60 zł. Na szczęście krem jest wydajny i wystarczy na ok 5 miesięcy używania. U mnie się sprawdził, ale nie wiem czy skuszę się na jego ponowny zakup. 

Miałyście okazję poznać ten krem lub inne kosmetyki z serii Toleriane ?


Biowazelina

Wazelina kojarzy nam się z białą, ciężką mazią o parafinowym składzie, która dobrze chroni usta, nos i skórę przed mrozem, ale niekoniecznie nawilża czy odżywia skórę. Jednak na rynku niedawno pojawiła się Biowazelina, która jest produktem godnym polecenia i wartym poznania
Biowazelinka to dziecko Herba studio. Firma ta kojarzy się z popularną i wychwalaną Tisane. Już samo to sugeruje, że biowazelina będzie hitem ;p
Producent obiecuje, że produkt ten zapewni nam najlepszą pielęgnację ust oraz innych problematycznych miejsc jak stopy, łokcie czy suche plackowate miejsca na ciele
Skład biowazeliny jest piękny. Zero parafiny, same oleje!
Ja fanką wazeliny nigdy nie byłam, ale z biowazelinką bardzo się polubiłam, bo skład ma fantastyczny, a działanie rewelacyjne. 
I może nie pachnie tak pięknie jak klasyczna Tisane, ale jej używanie jest czystą przyjemnością. Konsystencję ma budyniwatą - wydawać by się mogło, że jest to ciężka maść, ale po nałożeniu oleje pięknie się "topią" i idealnie suną po skórze. Mimo ochronnego filmu, który  biowazelinka zostawia nie jest to produkt aż tak uciążliwy i denerwujący jak tradycyjna wazelina. Potwierdza to moja mama, która nienawidzi tłustych kosmetyków, a biowazelinki używa i bardzo sobie chwali.
Ja biowazelinki używam każdego wieczoru i w sumie to dzięki niej moje usta wyglądają dobrze i każdego dnia mogę używać matowych pomadek w ciemnych i intensywnych odcieniach bez obawy o nieestetyczne suche skórki. Biowazelina cudownie odżywia, regeneruje i skutecznie nawilża usta, a do tego je wygładza i wzmacnia. Zapobiega powstawaniu suchych skórek, pękaniu i powstawaniu zajadów. Jest też nieoceniona gdy dopada nas opryszczka wargowa, wtedy nic tak jak ona nie przynosi ukojenia! Polecam ją też każdemu, kto ma problem suchych i szorstkich łokci (dziewczyny z Hashimoto doskonale wiedzą o czym piszę). To jest idealny produkt do pielęgnacji tych problematycznych miejsc! I teraz najlepsze - cena! Pewnie myślicie, że za takie działanie i tak fajny skład trzeba zapłacić sporo ? A tu niespodzianka ... Biowazelina kosztuje w granicach 10 zł i to za opakowanie 30 gramowe! Szok, prawda ?!

Jeśli tylko w aptece, zielarskim czy jakimś innym sklepie zobaczycie to cudo bierzcie w ciemno, bo zastosowań ma sporo, skład cudowny, a cena naprawdę korzystna. A może już miałyście okazję poznać się z biowazelinką ?;>

Szafirowe sny - pracownia Osheri

O woskach i świecach Yankee Candle podobnie jak o produktach Kringle Candle słyszała większość z nas. Blogerki znają i kochają. 
Przynajmniej większość z nas. A kto słyszałam o pachnących woskach i świecach z Pracowni Osherii ?;> 
Pewnie niewiele z Was wie, że  niedaleko Warszawy mieszka urocza Pani, która ręcznie tworzy zapachowe dzieła sztuki
O produktach Osheri dowiedziałam się na targach Beauty Days w Nadarzynie. Pewnie gdyby nie to kosmetyczne wydarzenie do dzisiaj żyłabym w nieświadomości. A, że zapachy kocham i codziennie się nimi otaczam, do tego jestem za wspieraniem rodzimych firm postanowiłam poznać się z przynajmniej jednym zapachem.

 Oferta Pracowni Osheri jest kolorowa i bogata. Do wyboru jest ponad 50 różnych zapachów, które występują w przeróżnych formach
Poza zapachowymi woskami w formie tabliczek (jak czekolada), pastylek w metalowych puszeczkach czy tradycyjnych tart można również kupić wosk w granulach. Jest to chyba najwygodniejsza forma dozowania zapachu ;) Są też oczywiście świece. Duże, piękne tworzone z wosku sojowego. Ja ze względu na już bardzo duży bagaż skusiłam się na klasyczną - niebieską tartę o zapachu ... Szafirowe sny
Nazwa bajeczna, a i zapach bardzo ciekawy. Jednocześnie trudny do opisania. Według opisu producenta wosk ten oddaje zapach naszych snów ;) O tak! Jest to zapach lekki, słodki, otulający, dobrze się kojarzący. Ma w sobie coś z świeżego prania, kosmetyku dziecięcego i jednocześnie pachnie przytulnym mieszkaniem. Nie dziwie się, że zapach ten jest jednym z najczęściej wybieranych.

Jak dla mnie wosk z Pracowni Osherii jest o wiele trwalszy i jednocześnie mniej duszący niż woski Yankee Candle. Najlepsze w wosku Osherii jest to, że nawet po kilku godzinach nie czuć zapachu "parafiny". Ja bardzo często mam tak, że w woskach yc już nawet po kilku minutach zamiast kompozycji zapachowej czuję palony wosk albo parafinę. W Osherii tego nie ma. Dlatego też moja kolekcja wosków YC już się nie powiększy, bo zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie tarty z Osherii.
Jako gratis otrzymałam jeszcze uroczego woskowego motylka o zapachu wonnych frezji. A, że frezje to moje ukochane kwiaty to... byłam bardzo wymagająca co do tego zapachu. Nie zawiodłam się! Wonne frezje pachną cudownie kwiatowo z delikatnie cytrusową nutą. Bardzo przyjemnie ;)

Jeśli jesteście miłośniczkami pięknych zapachów i jednocześnie wspieracie polski biznes koniecznie zajrzyjcie na stronę Pracowni Osherii gdzie w bardzo przyjaznych cenach  (tarta kosztuje 6 zł) możecie kupić przepiękne, zapachowe, ręcznie robione dzieła sztuki. W ofercie są również śliczne kominki. Jeden z nich  u mnie już pięknie spełnia swoje zadanie ;)

Dobranoc ... szafirowych snów ... 


Bell Secret Garden wielokolorowy puder korygująco-upiększający

Kosmetyki Bell bliżej poznałam dopiero wtedy gdy zaczęłam regularnie odwiedzać biedronkę. Wcześniej mnie ta firma kompletnie nie kusiła. Do teraz uważam, że ich szafy w Biedronce są bardziej kuszące niż w drogeriach. Choć niesamowicie żałuję, że kosmetyków produkowanych prze Bell dla biedronki nie ma w stałej ofercie. Seria Secret Garden skradła serca blogerek. Głównie wizualnie, ale jak się okazało jakościowo również

Najwięcej zachwytów wywołał kolorowy puder korygująco - upiększający. Prezentował się przepięknie na sklepowej półce. Gdy pierwszy raz zobaczyłam go w biedronkowej szafie Bell byłam przekonana, że wróci ze mną do domu, ale najpierw sprawdziłam tester ... jakie było moje zdziwienie gdy na paluszkach i grzbiecie dłoni rozprowadziłam coś co bardziej przypominało rozświetlacz niż puder. Miliony brokatowych drobinek owszem pięknie się mieniły na ręce, ale na mojej twarzy ich sobie nie wyobrażałam. Zawiedziona odstawiłam puder na miejsce i ze smutną minką wróciłam do domu. Jednak ten puder cały czas chodził po mojej główce, a recenzje które spotykałam w internecie były różne. U jednych drobinki były, u innych ich nie było. Dlatego postanowiłam na własnej skórze ten puder przetestować. I dobrze, że się nie zraziłam testerem z biedronki ;) Bo jak się okazało jest to świetny puder, który idealnie sprawdza się na mojej - kapryśnej cerze ;)
Producent wiele o tym produkcie nie pisze. Jedynie, że jest to kolorowy puder korygująco-upiększający i że można nakładać go na całą twarz. Na opakowaniu widnieje też No:01 i tak się zastanawiam czy jest tzn. był nr 2 ??? Piszę był, bo seria już niestety nie jest nigdzie dostępna ;/
Wizualnie puder prezentuje się przepięknie. Może się wydawać, że ma on w sobie drobinki, ale wierzcie mi na skórze ich kompletnie nie widać. Jak dla mnie jest to najlepszy puder matowy, który przepięknie rozświetla skórę i dodaje jej blasku bez efektu brokatu i mieniących się drobinek! Uwielbiam omiatać nim twarz na zakończenie makijażu, a wierzcie mi że fanką pudrów nie jestem, bo zazwyczaj u mnie działają odwrotnie niż powinny - przyspieszają świecenie się skóry i po kilku godzinach tworzą ciastko. Ten puder absolutnie tego nie robi. Cera od rana do wieczora wygląda świeżo i promiennie. Zero nadmiernego błyszczenia skóry, czy zbierania się pudru w załamaniach albo tworzenia na buzi ciastoliny. Jest to drobno zmielony puder, który cudownie wygładza twarz i mimo, że nie ma dużego krycia to faktycznie upiększa skórę. Delikatnie bieli, ale u mnie to nawet jest na plus, bo dzięki temu jest mniejsza różnica kolorystyczna między twarzą, a resztą ciała ;p
Absolutnie nie żałuję, że ten puder kupiłam, bo jest to mój zdecydowany ulubieniec maja i pewnie najbliższych miesięcy ;) Z efektu jaki daje jestem bardzo zadowolona i jeszcze nigdy z taką przyjemnością nie pudrowałam swojej buzinki ;p 

Skusiłyście się na ten puder ?

Alma K. ochronny krem do rąk

Spotkania, eventy i targi kosmetyczne to najlepsze miejsca do poznania nowych marek kosmetycznych. Dzięki Meet Beauty Conference <relacja klik> poznałam nieznaną mi dotąd markę Alma K.
Jest to seria kosmetyków z minerałami z Morza Martwego, które mają zapewnić nam dzięki silnym właściwościom leczniczym i regeneracyjnym luksusowe SPA we własnej łazience. Z tego co pamięta kosmetyki  Alma K. są powiązane ze znaną wszystkim firmą Palmer's ;)

Po konferencji Meet Beauty każda z nas w ogromnej torbie z kosmetykami (ale takiej naprawdę mega, mega) znalazła 3 pełnowymiarowe kosmetyki Palmer's (w tym przeboski balsam do ciała z olejem kokosowym) oraz 40ml wersję ochronnego kremu do rąk Alma K.
Jako, że była to dla mnie totalna nowość kremu zaczęłam używać zaraz w niedzielę i zakochałam się w nim od pierwszego użycia!
Na mojej małej tubeczce nie ma żadnych napisów po polsku, ale w katalogu znalazłam krótki opis producenta
Tak jak zapewnia producent krem ma lekką konsystencję, która błyskawicznie się wchłania i od razu poprawia stan skóry. Rewelacyjnie dłonie odżywia, nawilża, wygładza i co najlepsze skutecznie walczy z nadmiernym przesuszeniem. Moje dłonie ostatnio są w nie najlepszej kondycji. Praca w rękawiczkach oraz częsta dezynfekcja spowodowały, że na dłoniach pojawiły się nie tylko suche miejsca, ale również pękające liszaje ;/ Ten krem fantastycznie łagodzi wszelkie stany zapalne i przynosi niesamowitą ulgę. Takie maleństwo, a tak dobrze działa. Do tego cudowny zapach, który trudno opisać, ale kojarzy mi się z czymś przyjemnym, miłym, przytulnym i jednocześnie luksusowym! Rewelacja!
A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że skład tego kremu jest bardzo przeciętny. Owszem bogaty, ale bardzo wysoko jest substancja zapachowa, a woda z morza martwego oraz sól jest dopiero za nią podobnie jak wspomniany przez producenta oleje z dzikiej róży i inne oleje (słonecznikowy, arganowy), masło kakaowe oraz ekstrakty np. z zielonej herbaty czy aloesu.
Jest to dla mnie dziwne i przyznam szczerze niezrozumiałe jednak krem u mnie spisuje się fantastycznie i do tego jest bardzo wydajny.
Do tego stopnia zaintrygowały mnie kosmetyki Alma K., że na pewno poznam się z ich maseczkami do twarzy (złuszczająca i oczyszczająca), żelem do mycia twarzy i balsamem do ciała. A najciekawszym produktem Alma k. jest naturalna gąbka z kremem myjącym ;) Z takim czymś spotykam się pierwszy raz ;)  

Kosmetyki Alma K. kupicie w drogerii Hebe, ale chyba nie w każdej. Na stronie producenta podane są drogerie. Cen niestety nie znam, ale jak tylko odwiedzę Hebe w Chorzowie lub Galerii Krakowskiej gdzie te kosmetyki powinny być na pewno Wam napiszę jak to wygląda cenowo ;) 

Miałyście okazję używać kosmetyki Alma K. ? ;>

Fitomed serum antytrądzikowe

Kosmetyki Fitomed darzę wielką sympatią i z przyjemnością do nich wracam. Ostatnio miałam okazję poznać dwie nowości marki. 

O maseczce antyoksydacyjnej już Wam pisałam. 
Kto nie czytał zapraszam tutaj <recenzja>. A dziś opowiem Wam o kolejnym - fitomedowym kosmetyku, który idealnie wpisał się w pielęgnację mojej problematycznej, kapryśnej cery.
Serum antytrądzikowe z uczepem trójlistnym będzie bohaterem dzisiejszej notki.
Jest to kosmetyk idealny dla cer problematycznych. O jego fantastycznym działaniu przekonałam się już po dwóch zastosowaniach !!!! Serio! ;) Tak jak wspomina producent serum to przynosi nawilżenie i ukojenie, a także wspomaga leczenie stanów zapalnych oraz reguluje wydzielanie serum
Serum można nakładać na noc solo lub pod krem albo olej, ale również świetnie sprawdzi się jako krem pod makijaż. U mnie nawet jako kosmetyk dzienny sprawdziło się lepiej ;) Ma lekką konsystencję, która bardzo szybko się wchłania i momentalnie nawilża, wygładza oraz uspokaja skórę. Już po kilku zastosowaniach moja cera wyglądała lepiej. Niedoskonałości szybciej znikały, a nowe się nie pojawiały, cera była jaśniejsza, ukojona, bez zaczerwienień czy przesuszonych miejsc. Jednym słowem rewelacja. Do tego bardzo dobry skład, który zobaczycie tutaj. Opakowanie również jest na duży plus
Mała, biała buteleczka z pompką. Rozwiązanie idealne ;)
Jeśli macie problemy z cerą gorąco Wam to serum polecam! Ja wpisuję je na listę moich hitów kosmetycznych, do których bez obaw mogę wrócić. Serum antytrądzikowe Fitomed kupicie w sklepie Fitoteka za 24 zł !!! Mimo, że serum ma tylko 15 ml to jest bardzo wydajne, ja używam go już prawie drugi miesiąc ;)

Z przyjemnością też poznam inne ich sera ;) Znacie kosmetyki Fitomed ? Miałyście okazję stosować to serum ?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...