Joico K-Pak Color Therapy Luster Lock maska odbudowująca

Kosmetyki Joico znałam jedynie z internetu. Ale pod koniec lutego trafił do mnie duet pielęgnujący włosy farbowane. Jednym z otrzymanych kosmetyków była maska Joico K-Pak Color Therapy Luster Lock

 Jest to jeden z najnowszych kosmetyków marki Joico stworzony do odżywienia i pielęgnacji włosów poddanych zabiegowi koloryzacji. Specjalna formuła dopasowuje się do kondycji włosa i pielęgnuje go w sposób indywidualny. Ciekawie prawda ?;>

Na pewno jest to  dobry produkt do bardzo zniszczonych włosów oraz włosów długi. Co do składu to tak jak większość kosmetyków profesjonalnych - fryzjerskich - nie jest on naturalny, ale też producent nic o naturze nie wspomina. Znajdziemy tutaj jednak kilka olei, aminokwasy, sok z aloesu. Nie jest źle ;)
Jak się okazało moje włosy nie są w złej kondycji, bo maskę mogę nakładać raz na dwa tygodnie i to w zupełności wystarczy. Muszę też używać niewielkiej ilości, bo bardzo łatwo przeciąża i ulizuje włosy czego ja bardzo, ale to bardzo nie lubię. Po zastosowaniu włosy są wygładzone, jedwabiste i niesamowicie błyszczące. Maska odżywia i nawilża włosy przy okazji ujarzmia niedforne kosmetyki. Dużym plusem jest zapach tego kosmetyku, który przypomina ekskluzywne perfumy i co najlepsze na włosach utrzymuje się przez kilka dni - nawet po myciu. Jest to kosmetyk, który zapewnia efekt jak po wyjściu od fryzjera więc dobrze taki w domu mieć ;)

Ja z tej maski jestem zadowolona choć nie kupię kolejnego opakowania jednak gdy macie zniszczone (nie tylko farbowaniem) włosy to ta maska może okazać się dla Was wybawieniem. 

Jestem ciekawa innych kosmetyków Joico i jak tylko będę miała okazję je gdzieś kupić to skuszę się na ich szampon ;)

Montagne Jeunesse Mud Pac maseczka oczyszczająca

Maseczki 7th Heaven nigdy mnie nie kusiły. A to wszystko przez szatę graficzną! Niby ciekawa - kolorowa i taka inna niż większość saszetkowych maseczek jednak mnie modelki z dziwnymi dodatkami na twarzy bardziej przerażały niż zachwycały ;/  
Jednak na ostatnim spotkaniu blogerek  w Krakowie <relacja klik> każda z nas otrzymała kilka produktów 7th Heaven do przetestowania. 
W moim zestawie między innymi była maseczka głęboko oczyszczająca MUD PAC firmy Montagne Jeunesse
Jest to wersja podróżna, która ma 6g  (standardowa saszetka liczy 20g). Małe opakowanie nie zajmuje wiele miejsca w kosmetyczce podróżnej. Takie małe saszetki podróżne to bardzo dobry pomysł! Niestety na opakowaniu nie znajdziemy ani słowa w języku polskim,
Maseczka ma głęboko oczyścić twarz dzięki zawartości błota z morza martwego. Poza działaniem oczyszczającym maseczka ma relaksować i działać antystresowo. Po zabiegu skóra ma być czysta i miękka. Produkty Montagne Jeunesse nie są testowane na zwierzętach. 
Maseczka ma kremową konsystencję i niby świeży zapach. Niestety dość wyraźnie czuć alkoholowe nuty, a po kilku chwilach miałam wrażenie, że twarz wysmarowałam płynem do czyszczenia toalet ;/  Bo zapach owszem jest świeży, ale dla mnie pachnie domestosem czy czymś w tym rodzaju ;/ 
Skład maski nie jest zły jakby nie alcohol denat. dość wysoko w składzie. Przez to absolutnie nie polecam jej osobom z cerą wrażliwą czy suchą. Maska bazuje na glince, a sól z morza martwego jest dopiero w połowie składu. Maskę nałożyłam na dokładnie oczyszczoną i stonizowaną (!!!) twarz. Aplikacja jest przyjemna i bezproblemowa. Nic mnie nie szczypało, nie piekło jedynie zapach i alkoholowe opary drażniły nos i oczy. Po upływie ok 15 minut maseczkę zmyłam - jednak cały czas nie pozwalałam maseczce zaschnąć!
Zmycie również nie stanowiło problemu choć nie wiem jakby to było gdybym jej nie zraszała wodą termalną. 
Twarz po zmyciu maseczki była faktycznie ładnie oczyszczona, rozjaśniona i wygładzona, ale też niestety ściągnięta i wręcz domagała się oleju lub solidnej porcji kremu. Tak więc u mnie ta maska się średnio spisała i nie mam ochoty poznawać innych wersji.

Znacie te maseczki ? Jak się u Was sprawdzają ? 

Mohani olej z zielonej kawy

Odkąd moja pielęgnacja zmieniła się na bardziej naturalną bardzo ważnym jej elementem jest wieczorne olejowanie twarzy. Mimo, że mam cerę  kapryśną - problematyczna z tendencją do trądziku to z olejami (ale takimi prawdziwymi - czystymi bez dodatku parafiny) to oleje bardzo mi służą i z chęcią poznaję nowe. Przetestowałam już sporo olei i mimo, że mam swoje ulubione to moje olejowe zapasy są naprawdę spore. Jednym z nowszych olei jest olej z zielonej kawy BIO od Mohani
Skusiłam się na ten olej ze względu na jego bardzo dobre właściwości regeneracyjne, ale nie tylko. Z tego co wyczytałam świetnie sprawdza się w pielęgnacji cery tłustej oraz dojrzałej. Więcej o oleju z zielonej kawy przeczytacie na stronie Helfy.
W ciemnej, szklanej buteleczce z pipetą znajduje się  dość gęsty olej o specyficznym zapachu. Jeśli wiecie jak pachnie olej arganowy albo zielona kawa to będziecie wiedzieć o czym piszę. Jak dla mnie zapach jest dużym minusem tego oleju. Na pewno zapach tego oleju nie ma nic wspólnego z zapachem kawy, ale kto pił zieloną kawę doskonale o tym wie. U mnie powodował mdłości i  naprawdę ciężko mi się go używało. Jako, że olej jest bogaty  w substancje aktywne powinno się go stosować w rozcieńczeniu z innymi olejami tzw. olejami bazowymi.

Jednak jak się okazało nie jest to olej dla mnie. Owszem ładnie skórę napinał i wygładzał, ale nie zauważyłam żeby lepiej nawilżał czy skutecznie walczył z niedoskonałościami skóry ;/  W sumie u mnie nic nadzwyczajnego, ani chociażby dobrego nie zdziałał. W zużyciu go pomogła mi moja mama, której zrobiłam olejowe serum. U mamy ładnie skórę wygładził i sprawił, że stała się bardziej elastyczna, ale co do nawilżenia to niestety też bez szału.
Tak więc ten olej raczej u mnie nie zagości po raz drugi, ale może któraś z Was ma z nim lepsze doświadczenie ?

Olej kupicie on-line w sklepie Helfy, albo w ich sklepach stacjonarnych jak np. w Katowicach na ul. Młyńskiej 17 

Znacie olej z zielonej kawy ? Jaki olej jest Waszym nr 1 ?


AA Caring Lip Oil

Kosmetyki olejowe oferuje już chyba każda firma. Ostatnio na rynku pojawiły się nowe, upiększające olejki do ust od AA Caring Lip Oil
Do wyboru są 3 wersje zapachowe. Ja na krakowskim spotkaniu blogerek <relacja klik> otrzymałam ten upiększający olejek o  zapachu maliny. Zapewnienia producenta jak zawsze zachęcają do wypróbowania. 
Moc odżywczego balsamu i  jednocześnie zmysłowy błyszczyk działają na wyobraźnię. A obecność drogocennych olejów jeszcze bardziej zachęca.
Jednak patrząc na skład to niestety, ale producenta poniosła wyobraźnia. Jest to najzwyklejszy - parafinowy błyszczyk o bardzo specyficzny, mało malinowym zapachu i przeciętnym działaniu. W składzie zaraz na początku znajdziemy parafinę, a drogocenne olejki owszem są, ale daleko za nią ;/ Forma aplikacji jest tradycyjna, a konsystencja typowo błyszczykowa, czyli gęsta, lekko tłusta i niestety sklejająca usta
Używam tego produktu tylko w domu ponieważ po pierwsze nie lubię efektu oklejonych ust, a po drugie błyszczyk lubi migrować przy okazji tłuszcząc całą okolice. W domu się sprawdza. Co prawda nie działa pielęgnacyjnych cudów, ale jest ok. Usta są delikatnie nawilżone, chronione, nie wysychają i prezentują się ok ale bez rewelacji

Jednak wyjście w tym tym błyszczyku na zewnątrz to odwaga zwłaszcza jeśli macie długie włosy i wieje wiatr (a ostatnio wiatr wieje ciągle). Jako, że błyszczyk delikatnie barwi usta to trzeba z nim uważać, bo przez chwilkę nieuwagi możecie mieć różowe, tłuste nie tylko usta, ale także brodę czy policzki.
Tak jak napisałam wyżej- nie jest to produkt zły, ale na rynku niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ma specyficzny zapach, bardzo przeciętny skład, ale wysoką cenę. W rossmanie jego normalna cena to ok 18 zł  - moim zdaniem kosztuje co najmniej o 10 zł za dużo. Nawet w obecnej promocji -55% wychodzi sporo i nie jest on tej ceny wart. W dodatku bardzo szybko się kończy. Ja używam go od tygodnia i nie mam już połowy, co akurat dla mnie jest plusem. Na pewno go wykończę, ale nie jest to produkt do którego wrócę i nie będę go polecać, bo na rynku są produkty lepsze do pielęgnacji ust.

Znacie te nowe "upiększające" olejki do ust z drogocennymi olejami  (tak sobie zażartowałam) ? 

Nicole nr 004 i 158

Zapachy Nicole już kilka razy pojawiły się na moim blogu. Wyjątkowo do gustu przypadł mi nr 138 <recenzja klik> który był zapachem wakacji 2015 ;) Numer 108 <recenzja klik> również spodobał się mojemu nosowi. Za to nr 182 <recenzja klik> to nie moja bajka choć wiem, że sporo z Was ten zapach polubiło. Dziś opowiem Wam o kolejnych 2 zapachach.

Numer 158 to odpowiednik See by chloe. Ja bardzo lubię nuty Chloe i zapach Nicole jest bardzo zbliżony do oryginału

Zapach jest świeży, dziewczęcy i jednocześnie tajemniczy. Trochę trudny do opisania. Wyczuwam tutaj nuty kwitnącej jabłoni. Jest to bardzo wiosenny zapach, który zachwyca mnie za każdym psiknięciem. Zapach do mnie pasuje i dobrze się w nim czuję. Nie powoduje bólu głowy czy znudzenia (czasami tak mam, że zapach mnie nudzi). Co do trwałości to jest ona średnia. Owszem skropione miejsce pachnie, ale nie tak długo jakbym sobie tego życzyła. Zapach piękny, ale jakby był trwalszy to chętnie bym do niego wróciła w większej pojemności. Wersja 9ml którą możemy zawsze mieć przy sobie kosztuje 9,99 zł, a wystarczy aż na 200 psiknięć ;) A gdy maleńka buteleczka się skończy można ją napełnić za pomocą Smart filler Nicole  - to taki rodzaj napełeniacza o pojemności 120ml i dzięki temu buteleczka znów będzie pełna ;)

Kolejnym zapachem, który mam to nr 004 odpowiednik Coco Chanel Mademoiselle
Jak się okazuje ten popularny zapach nie jest moim zapachem Według mnie jest specyficzny; ciężki babciny i absolutnie nie pasuje do mojej osoby. 
Mademoiselle to zmysłowa lekko kwaśna woń róży i wanilii, a ja za perfumowaną wanilią nie przepadam. Ten zapach wywołuje u mnie ból głowy i mam wrażenie, że jest zbyt mocny, zbyt intensywny. Wręcz śmierdzi na mojej skórze ;/ Zdecydowanie nie dla mnie. Próbowałam go oddać mojej mamie, ale jej również się nie podoba choć moim zdaniem akurat jej pasuje. Ale wiadomo zapach to bardzo indywidualna sprawa i w tej kwestii nie można się do niczego zmuszać. Wersja, którą mam ma pojemność 30 ml i kosztuje ok 20 zł. 

Te oryginalne francuskie esencje mają ciekawe zapachy (na pewno każdy nos znajdzie coś dla siebie), wybór jest spory i mimo, że nie mają tej głębi co oryginały to cena pozwala na ich poznanie.

Jeśli interesują Was zapachy Nicole zachęcam do zapisania się do klubu Nicole dzięki czemu zyskacie 35% rabat na zakupy. Przynależność do klubu nie wiąże się z żadnymi opłatami. Całą zapachową ofertę znajdziecie w sklepie on-line. Warto zajrzeć ;)

Znacie zapachy Nicole ?

Basil Element shampoo

Moje włosy są kapryśne! Mają humory gorsze niż ja dlatego też do włosowych kosmetyków podchodzę z dużym dystansem. Nie dla mnie naturalne szampony, maski, odżywki czy olejowanie. 
Pod koniec lutego otrzymałam (na krakowskim spotkaniu blogerek <relacja klik>) nową serię kosmetyków bazyliowych do włosów od Elfa Pharm. Miałam już kiedy szampon Green Pharmacy, ale się nie polubiliśmy. Mimo to postanowiłam dać szansę wzmacniającemu szamponowi Basil Element

I dobrze, że zaryzykowałam, bo odkryłam dobry szampon, który sprawia, że moje włosy nie potrzebują odżywki ;) Producent zapewnia, że cała seria ma działanie wzmacniające i zapobiega wypadaniu włosów. 

Szampon przeznaczony jest do każdego typu włosa. Poza wzmocnieniem i pobudzeniem wzrostu ma również odmładzać skórę głowy. Jego główne zadanie to oczyszczeni i przygotowanie czupryny na przyjęcie kolejnych produktów z serii. Po umyciu włosy mają być nawilżone, miękkie, pełne połysku. Szampon można używać nawet codziennie.
Wizualnie szampon prezentuje się super. Zielona, prosta szata graficzna nawiązuje zarówno do natury jak i produktu specjalistycznego. Nie powiem dla mnie buteleczka prezentuje się super. Szampon jest żelowy, lekko mętny. Ma świeży, lekko słodkawy, bazyliowy zapach i choć ja fanką zapachu bazylii nie jestem to zapach mi nie przeszkadza mimo, że utrzymuje się na włosach cały dzień. Pieni się świetnie i jest wydajny.
  Skład ma dobry i delikatny, a mimo to dobrze włosy myje, ale nie przesusza skóry głowy
Znajdziemy tutaj delikatne detergenty więc nawet osoby z wrażliwym skalpem nie powinny narzekać. Poza tym są tuaj 2 oleje (słonecznikowy i kokosowy). Mimo to szampon nie obciąża włosów, a po umyciu są odbite u nasady, niesamowicie błyszczące, elastyczne, sypkie i w sumie nie potrzebują niczego innego. Dobrze się rozczesują, szybko suszą i wyglądają świeżo calutki dzień.
Poza szamponem seria składa się z odżywki, mleczka i maski. Producent pięknie opisuje jak co i kiedy stosować.
Ja poza szamponem na razie poznałam tylko mleczko, które też lubię, ale nie mogę stosować go codziennie, bo trochę obciąża mi włosy. Szampon jednak stosuję codziennie i z efektów jestem bardzo zadowolona. 
Co prawda nie ograniczył on wypadania włosów, ale nawet na to nie liczyłam. Włosy są nawilżone, oczyszczone, skóra głowy jest ukojona, nie łuszczy się, nie pojawił się łupież. Do tego po szybkim wysuszeniu włosy są elastyczne, miękkie, błyszczące i pięknie się układają. 
Szampon ląduje na mojej liście "szamponowych pewniaków" i z przyjemnością będę do niego wracać ;)
Szampon dostaniecie w sklepie producenta, ale jest również w rossmanie (obecnie w promocji) i kosztuje ok 16/20 zł.

Znacie bazyliowe kosmetyki do włosów od Elfa Pharm ? 

Pink Sands Yankee Candle

W ten świąteczny ale pochmurny, deszczowy i wietrzy dzień wybierzmy się na bajeczną plażę z różowym piaskiem. Zapach Pink Sands od Yankee Candle był moim pierwszym woskiem zapachowym. 
Gdy pierwszy raz go powąchałam od razu skojarzył mi się nie z rajskimi wakacjami, ale z naszą - polską wiosną.
Zapach ma w sobie coś radosnego, coś co dobrze nastraja. Tak jak wiosna i budząca się do życia przyroda. 

Według producenta jest to miks egzotycznych kwiatów, cytrusów i wanilii. Ja nie czuję w tym zapachu nic z ww wymienionych. Dla mnie ten zapach jest słodki, lekko otulający, ale jednocześnie świeży i relaksujący. Kojarzy mi się z dzieciństwem, z zapachem wiosny i pierwszych słonecznych dni, a także z delikatną wonią pierwszych kwitnących drzew.
Pink sands to dla mnie zapach Wielkanocy i dlatego z przyjemnością odpalam go każdego roku o tej porze. Wiem, że jest to dość znany zapach YC, ale każdy nos czuje go inaczej. Jeśli lubicie otaczać się pięknymi zapachami, a jeszcze nie znacie tej kompozycji zapachowej to zachęcam Was do poznania. Wydaje mi się, że znajdują się w nim takie nuty, które większości będą się podobać. Dla mnie to jeden z przyjemniejszych zapachów YC, do tego trwały i nie powodujący bólu głowy dlatego jest to jeden z niewielu wosków do którego wracam ;)

A jaki zapach ma Wasza Wielkanoc ? ;> 

Moja Wielkanoc 2017

Dwa lata temu w czasie Wielkanocy opowiedziałam Wam w TAGu jak wygląda to wiosenne święto w moim rodzinnym domu <klik>. W tym roku znalazłam inny - trochę krótszy, ale moim zdaniem tak samo ciekawy TAG

Myślę, że co prawda wiosenne święta nie mają w sobie tyle magii i radości co grudniowe święta jednak każdy z nas choć trochę się nimi cieszy.

1. Gdzie spędzasz święta wielkanocne? 
W każde święta najlepiej czuję się w domu. Tegoroczna Wielkanoc również będzie rodzinna, domowa i niestety krótka ;( Wszędzie dobrze, ale u mamy najlepiej ;)

2. Jak świętujesz ?
Są to bardzo rodzinne święta więc spędzam je w gronie najbliższej rodziny. Gdy pogoda dopisze na pewno razem z Messim wybierzemy się na spacer. Wieczorem zagramy w rummikub, zjemy wspólne śniadanie i obiad, wypijemy kawę i nadrobimy zaległości w odpoczywaniu ;p

3. Co wkładasz do koszyczka wielkanocnego ?
Od zawsze nasz wielkanocny koszyczek był tradycyjny. I zawsze był koszem - był duży, wiklinowy i zawierał wszystko co następnego dnia zjadaliśmy na śniadanie. Tak więc zawsze w koszyku mam kawałek gotowanej szynki (symbol dostatku), jajka (symbol odradzającego się życia), pieczywo - chleb (symbol ciała Chrystusa), piaskowy baranek (symbol religijny), kawałek ciasta - wielkanocnej baby (symbol umiejętności, dostatku i powodzenia), sól (symbol oczyszczenia i prawdy), chrzan (symbol siły fizycznej i witalności). Nie dla nas małe koszyczki z czekoladowym zajączkiem.

4. Jak ubierasz się w czasie świąt ?
Wygodnie ;) Nie będzie to co prawda mój ulubiony dres, ale na pewno wygodne spodnie i tunika ;) Na pewno zrobię delikatny makijaż i zaszaleje z kolczykami.

5. Ulubione danie wielkanocne ?
Nie mamy tradycyjnego wielkanocnego menu. Na śniadanie uwielbiam gotowaną przez moją mamę szynkę, do tego jajka gotowane w cebuli z majonezem i chrzanem z żurawiną. Obowiązkowo na śniadanie musi być herbata Teekanne Irish cream, która towarzyszy mojej rodzinie od ponad 10 lat ;)
Na obiad lubię schab czy to z śliwką czy z ziołami i do tego karmelizowana marchewka. Mniam!

Tag krótki i mam nadzieję przyjemny ;)
Jeśli ktoś chce się podzielić odpowiedziami na pytania może to zrobić w komentarzu lub u siebie na blogu. Chętnie  poczytam ;)

Przy okazji chciałam Wam złożyć życzenia

A jak Wy w tym roku spędzicie te wiosenne święto ?

Bell Velvet Story matowa pomadka nr 01 - burgund -

W Biedronce oprócz taniej spożywki i ciekawych rzeczy do domu można kupić fajne kosmetyki. O tym wie już chyba każda dziewczyna. O tym, że w tym dyskoncie jest szafa Bell też już każda z nas wie. I to, że Bell dba o swoje "biedronkowe" klientki też wiemy. Szafa Bell w Biedronce jest ciekawa i można tam znaleźć perełki. Lubię przeglądać kolorówkę tej firmy i co jakiś czas trafiam na fajne - zazwyczaj usteczkowe produkty. Ostatnio w mojej pomadkowej kolekcji pojawiły się aż 3 nowe pomadki matowe z Bell. Najnowszą jest aksamitna pomadka Bell Velvet Story w numerze 01
Jest to klasyczna pomadka o aksamitnej konsystencji, w intensywnych kolorach. Producent obiecuje, że pomadka skutecznie usta nawilża, wygładza i dodaje im elastyczności, a jednoczenie jest trwała i nie migruje.
 Do wyboru jest 6 odcieni. Znajdziemy tutaj 2 nudziaki (jeden bardziej beżowy, drugi wpadający w róż) , 2 róże (cieplejszy i chłodniejszy) i 2 czerwienie (ciemną i jaśniejszą).  Każdy kolor jest ładny, ale moje serce od razu skradł numer 1
Jest to przepiękny, intensywny, głęboki kolor czerwonego wina. Kolor marzenie! Uwielbiam mieć usta w takim odcieniu!
Jest to dość ciemny odcień i zdaję sobie sprawę, że nie każda dziewczyna będzie się w tym kolorze dobrze czuć. Wiele moich koleżanek uważa, że jest to kolor na wieczór, ale ja z przyjemnością noszę go na co dzień do pracy ;)
Pomadka ma aksamitną konsystencję, która sunie po ustach, ale mimo to trudno mi się nią maluje. Z takim kolorem i tak dobrą pigmentacją trzeba naprawdę umieć malować usta. Ja to potrafię, ale i tak mam z tym sztyftem problem. Dlatego jest to moja pierwsza pomadka, którą nakładam za pomocą pędzelka. Po pierwsze jest to wygodniejsze i bardziej precyzyjne, po drugie kolor jest jaśniejszy i bardziej mi pasuje. Pomadka nakładana klasycznie nie pokrywa ust równomiernie, tworzy prześwity, a nałożona pędzelkiem jest jednolita.
Tak jak zapewnia producent pomadka velvet story ma mocną pigmentację i jest trwała. Na moich ustach utrzymuje się do 5 godzin. Jej wykończenie nie jest suche- matowe, ale aksamitne z delikatnym (!!) połyskiem. Przez to usta wyglądają lepiej i są bardziej całuśne ;p Mimo aksamitnej konsystencji pomadkę czuje się na ustach i nie jest ona tak komfortowa jak chociażby słynne matowe kredki do ust Golden Rose. Niestety zauważyłam też, że pomadka wysusza moje usta i przez to nie mogę nakładać jej codziennie ;/ Mimo to jest to dobra pomadka o przecudownym, głębokim nasyconym kolorze, która na moich ustach gości bardzo często ;) Podoba mi się jeszcze kolor nr 03, ale mam wrażenie, że moja czerwień wargowa jest ciut ciemniejsza niż odcień tej pomadki i przez to będę wyglądać blado ;/

Pomadka kosztowała 9 zł i nie żałuję ani złotówki. Nie wiem jedynie czy te szminki są jeszcze dostępne, bo ostatnio Bell wprowadziło nową kolekcję, która owszem pięknie się prezentuje, ale żaden produkt z tej nowe - ogrodowej ( bodajże) serii mnie nie urzekł tak jak ta pomadka ;)

Eveline 2w1 płyn micelarny + odżywcze serum olejowe

Nie mam ostatnio szczęścia jeśli chodzi o płyny do demakijażu ;/  Od ponad miesiąca męczę się z dwufazową nowością Eveline Face Therapy Professional 2w1 Płyn micelarny + odżywcze serum olejowe 
Ogólnie produkty pielęgnacyjne Eveline słabo się u mnie sprawdzają (w przeciwieństwie do kolorówki czy kremów ujędrniających), ale chciałam zweryfikować zapewnienia producenta. Bo obietnice Eveline są cudowne:
Ale niestety jak dla mnie ten "cudowny micel 2w1" jest może nie bublem, ale produktem z którym się nie polubiłam. 
Dlaczego ? Po pierwsze używam go tylko do demakijażu oczu ze względu na skład, w którym króluje parafina ;/ Substancja zapachowa również jest wysoko w składzie, a wszystkie "dobre rzeczy" jak np. wspomniane oleje występują dopiero potem ;/ 
Niestety mimo obietnic producenta płyn niesamowicie szczypie w oczy i podrażnia je. Tak więc zapewnienia, że nadaje się nawet do wrażliwych oczu absolutnie nie mają pokrycia w rzeczywistości ;/ Tak samo jest z usuwaniem wodoodpornego makijażu. Owszem płyn zmywa makijaż, ale z wodoodpornym tuszem ma spory problem ;/  Z intensywnym nawilżeniem i odżywieniem też się nie zgodzę, bo niby czym on ma nawilżyć i odżywić ? Parafiną ? ;>
Pielęgnacja rzęs ? Trudno mi to stwierdzić, ale wydaje mi się, że możliwe, że ten płyn faktycznie coś działa, bo mimo, że obecnie nie używam żadnej odżywki moje rzęsy wyglądają pięknie ;) Jednak poza tym ten płyn absolutnie nie przypadł mi do gustu, na pewno do niego nie wrócę i nic innego do demakijażu z Eveline nie kupię.

Jestem ciekawa Waszego zdania na temat produktów Eveline 

Wiosenne pazurki - Eveline Acrylic top coat

W zeszłym tygodniu zdjęłam hybrydy. Postanowiłam zrobić sobie krótką przerwę i w tym czasie przetestować nową odżywkę i top do paznokci. O odżywce Diadem napiszę Wam za jakiś czas (ale będzie to pozytywna recenzja), a dzisiaj pokażę moje wiosenne - nie hybrydowe - pazurki ;)
Miałam ochotę na coś pastelowego, jasnego  i wybór padł na jasny fiolet Prodigy Gel nr 5 z Golden Rose, o którym już Wam pisałam <recenzja klik>. Lakier mam już ponad rok i nadal jego konsystencja jest taka jak po zakupie. Te żelowe zestawy Golden Rose są naprawdę godne uwagi.

Ten piękny jasny fiolet postanowiłam połączyć ze ślicznym pastelowym żółtym kolorkiem Rimmel  60 seconds nr 507
Kolor jest bardzo ładny, taki typowo wiosenny jednak jakościowo nie jest to dobry lakier. Po pierwsze pędzel jest dość gruby, postrzępiony, po drugie konsystencja bardzo lejąca, po trzecie słabe krycie, po czwarte niesamowicie smuży, po piąte długo schnie ;/  Na pewno nie jest to lakier do którego szybko wrócę mimo, że kolor ma śliczny. Muszę poszukać hybrydy w takim odcieniu ;p 
Na koniec pomalowałam pazurki akrylowym to coatem Eveline Acrylic, który ma zapewnić najlepsze zabezpieczenie kolorowego manicure
Producent obiecuje, że top przedłuża trwałość lakieru aż 5 razy
Ja lubię lakiery do paznokci od Eveline głównie za ich dobrze wyprofilowane pędzelki, a także konsystencję. Ten top jest żelowy, bardzo fajnie się nim maluje, nie zalewa skórek i szybciutko wysycha
Ładnie też paznokcie nabłyszcza i co prawda nie można powiedzieć, że nadaje im hybrydową wytrzymałość, ale jest dobry jak na "zwykły" top.
Mimo, że podoba mi się mój chwilowy - wiosenny manicure to z radością powrócę w przyszłym  tygodniu do pazurków hybrydowych. Top akrylowy z Eveline i żelowy lakier Golden Rose mogę Wam polecić, natomiast lakier Rimmel  60 seconds jest bardzo problematyczny i nie będę do niego wracać. 

A co Wy obecnie macie na pazurkach ? ;>
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...