Alterra emulsja oczyszczająca do twarzy BIO granat

Kosmetyki Alterra dostępne w rossmannie to bardzo dobre składowo i w miarę tanie kosmetyki naturalne. Seria z BIO granatem (której ostatnio nie widzę w moich rossmanach, a mam ich 5) przeznaczona jest do cer suchych, bardzo suchych, dojrzałych i wrażliwych. Moja cera taka nie jest, ale zdecydowałam się poznać z emulsją oczyszczającą Alterra Bio granat
Skusiłam się po pierwsze dlatego, że swego czasu ta emulsja była blogowym i jutubowym hitem ( a ja lubię na własnej skórze przekonać się czy coś zasługuje na miano hitu), po drogie akurat cena była promocyjna i kosmetyk kosztował jakieś 4 zł, a po trzecie - odkąd stosuję 3-etapowy <wpis klik> demakijaż przekonałam się, że mleczka (o dobrych składach) czy olejki do demakijażu o wiele lepiej i szybciej ściągają makijaż niż płyn micelarny. Po czwarte zaś byłam ciekawa składu ;)
Producent zapewnia, że emulsja łagodnie oczyszcza i jednocześnie nawilża skórę co potwierdzają testy dermatologiczne
Skład jak na kosmetyk drogeryjny, kupiony za niewielkie pieniądze ma świetny. I może teraz posiadaczki cer tłustych i trądzikowych się oburzą, że nie dla nich taki kosmetyk do demakijażu, bo skład jest ciężki i zapychający. Otóż nie! skład jest dobry, nawet bardzo, ale wszystko zależy od tego w jaki sposób tego kosmetyku użyjecie. Bo jeśli faktycznie użyjecie emulsji na wacik, zmyjecie makijaż i nałożycie krem (na pozornie czystą skórę) to zapcha Was na bank, ale jeśli nałożycie emulsję jak krem, zmyjecie mokrym płatkiem lub chustą kosmetyczną, następnie przetrzecie twarz płynem micelarnym i na koniec użyjecie jeszcze żelu do mycia twarzy (albo odwrotnie - najpierw żel potem micel) lub mydła (po czym obowiązkowa tonizacja <klik>) to Wasza skóra będzie w 100% czysta, nawilżona, ukojona, promienna i nie zapchana ;)

Bo moja problematyczna skóra taka własnie była po demakijażu. Czysta, ale nawilżona, bez zaczerwienia czy uczucia ściągnięcia. Zero zapchania, bo emulsję domywałam mydłem. Jedyne co mi się w tej emulsji nie podoba to zapach, bo jest niesamowicie alkoholowy ;/  I w sumie to jedyny minus. Wczoraj opakowanie zostało zdenkowane i z chęcią bym do tej emulsji wróciła, ale tak jak już pisałam w moich rossmannach jej nie ma.

Znacie ten kosmetyk do demakijażu ?
Czym najczęściej zmywacie makijaż ?

Fitomed serum olejowe antyoksydacyjne

Oleje w mojej pielęgnacji odgrywają bardzo ważną rolę. Przetestowałam już sporo czystych olei, a to i tak kropla w morzu ... Oleje zastępują mi krem nocny, niektóre mimo cery mieszanej w kierunku tłustej śmiało mogę stosować pod makijaż. Najbardziej jednak lubię tworzyć sera olejowe, czyli tworzę autorską mieszankę olei, ale nie tylko. Czasami jednak stawiam na gotowe produkty i obecnie wykończyłam serum olejowe antyoksydacyjne oferowane przez firmę Fitomed
Zadaniem tego serum jak sama nazwa wskazuje jest dostarczenie skórze składników antyoksydacyjnych, a tam samym zapobieganie starzeniu się skóry, sprawieniu że skóra jest wypoczęta i pełna blasku. Jednak oleje, które w tym serum się znajdują na pewno też  zregenerują i odżywią naszą skórę, a także wzmocnią naczynia krwionośne. 
Skład serum cieszy oko ;) Znajdziemy tutaj olej z pestek czarnej porzeczki. olej z pestek granatu, olej słonecznikowy, kwas alfa-liponowy, witaminy Ci E oraz ekstrakt z rozmarynu. Piękny, prawda ?
Olej nie posiada substancji zapachowych - pachnie naturalnie, czyli roślinnie ;)
Kolor jest żółty, ale bez obaw nie brudzi ani ubrań,ani pościeli chyba że nałożycie go za dużo. A akurat w olejach więcej nie znaczy lepiej. Wierzcie mi. Olej zawsze nakładamy na dobrze oczyszczona skórę, ważne żeby była ona wilgotna, ale nie mokra. Sprawdzi się tutaj stosowanie toników, hydrolatów czy esencji, następnie nakładamy 3 krople oleju, delikatnie masujemy twarz i w sumie to wszystko. Serum nie pozostawia tłustego filmu,a  jedynie daje satynowe wykończenie. Jeśli zaś użyjemy go za dużo lub stosujemy tłusty, treściwy olej to wystarczy na naolejowaną skórę nałożyć kilka kropli kwasu hialuronowego, żelu aloesowego lub spryskać skórę hydrolatem lub tonikiem (ważne żeby to był produkt z dobrym składem). W taki sposób jeszcze podkręcamy działanie olei ;)

A jak działa to serum ;) U mnie pięknie się sprawdziło, bo delikatnie skórę rozjaśniło, ładnie wygładziło. Rano cera była gładka, promienna, odżywiona. Jedynie musiałam dodać temu serum właściwości nawilżające dlatego mieszałam je z kwasem hialuronowym. Ale poza tym z działania jestem bardzo zadowolona i wydaje mi się, że sprawdzi się u każdej z Was (chyba, że jesteście uczulone na któryś składnik produktu)

Serdecznie Wam to serum polecam jeśli chcecie zatrzymać efekt odprężonej skóry po wakacjach albo ją zregenerować. Jest to też dobre rozwiązanie dla osób zaczynających przygodę z olejami. Sprawdzi się u osób z cerą szarą, zmęczoną, naczyniową oraz pozbawioną jędrności. Serum kupicie na stronie fitoteka, a jego cena to ok 26 zł

Lubicie stosować oleje ?
Co sądzicie o firmie Fitomed ? ;>

Fit Me! Maybelline podkład matujący

Uwielbiam poznawać i testować nowe podkłady. W mojej kosmetyczce jest obecnie z 15 podkładów. Ten o którym Wam dzisiaj napiszę kupiłam nie tyle z ciekawości ile z wielu pozytywnych opinii na blogach i yt. 
Podkładem tym jest Fit Me! Maybellinne 
Przyznam szczerze, że nie przepadam za kosmetykami Maybelline, ale ten podkład zbierał tak pozytywne recenzje, że gdy tylko zobaczyłam, że jest w promocji kupiłam bez zastanowienia. Wybrałam nr 105, który chyba jest najjaśniejszy. Piszę chyba, bo niestety testerów w rossmanie nie było, a każdy produkt jest tak zapakowany, że nie ma jak sprawdzić koloru. To duży minus, bo kupowanie podkład bez sprawdzenia koloru mija się z celem
Ale akurat w tym wypadku nie będę narzekać, bo z kolorem trafiłam. Odcień 105 to natural ivory, który okazał się jasnym odcieniem w pięknym żółtym tonie. Co mnie trochę dziwi, bo zazwyczaj odcienie ivory idą w róż. 
A ten jest piękną wanilią (bez jakichkolwiek szarawych tonów), której ja zazwyczaj szukam w podkładach
Podkład jest bardzo lejący - jego konsystencja jest typowa dla fluidów nawilżających jednak jest to podkład matujący przeznaczony do cer normalnych, mieszanych i tłustych, a jego zadaniem jest matowienie cery oraz zwężanie porów. Czyli dla mojej skóry powinien być odpowiedni.
I jest to dobry podkład, bo kolor ma jasny i nie ciemnieje w ciągu dnia!!! A to ważne!!! W dodatku dobrze kryje jednak ma 3 rzeczy, które mi się nie podobają i które sprawiły, że nie mogłam stosować go solo. Po pierwsze niesamowicie podkreśla suche skórki. Nawet nie wiedziałam, że tyle ich mam, bo normalnie są niezauważalne! Dopiero po aplikacji podkładu widziałam te suche, łuszczące się płaty ;/ Po drugie jest to podkład, który nie zastyga przez co cały czas mam wrażenie, że każdy ruch twarzy powoduje migrację podkładu. Po trzecie podkład daje pudrowe, płaskie wykończenie, co przypomina trochę maskę. Nie wygląda on naturalnie w świetle dziennym. Owszem na zdjęciach super, ale na co dzień niekoniecznie ;/ Dlatego też podkład Fit Me! Musiałam mieszać z niewielką ilością podkładu Healthy mix i to połączenie bardzo dobrze się u mnie sprawdza. Zwłaszcza w okresie letnim. 
Dzięki temu pozbyłam się efektu pudrowości, ale aż tak nie straciłam na kryciu. Za to podkład ładniej się trzyma twarzy i nie ma efektu plastyczności, a tym samym zbyt szybko się nie ściera. 
Taka kombinacja mam wrażenie lepiej dopasowuje się do naturalnego koloru skóry i z  nim współgra przez cały dzień. Lubię ten podkład, ale w połączeniu. Sam niestety niezbyt się u mnie spisuje dlatego też nie kupię kolejnej tubki jednak tą zużyje do końca i nie będzie to droga przez mękę ;)

Podkład kupiłam za niecałe 20 zł jakoś w połowie czerwca i przy codziennym (no prawie, bo w między czasie do kosmetyczki wpadło jeszcze kilka innych podkładów) stosowaniu wystarczy mi przynajmniej jeszcze na miesiąc więc z jego wydajnością szału nie ma.

Jestem ciekawa czy znacie ten podkład, a jeśli tak to koniecznie dajcie znać jak się u Was spisuje ;)

Hydrolat z mięty bułgarskiej ZSK

Hydrolaty bardzo lubię i przetestowałam już wiele z nich. Do lawendowego, oczarowego czy wody różanej wracam regularnie. Są też takie, które ze względu na zapach czy niekoniecznie oczekiwane działanie miałam raz i nigdy więcej np. hydrolat z krwawnika <recenzja klik>. Jest jednak jeden hydrolat, do którego długo dojrzewałam, a jest nim Hydrolat miętowy
O zakupie tego hydrolatu myślałam 2 lata j... cały czas miałam wątpliwości, bo w sumie miętę lubię, ale jakoś używanie jej do twarzy mnie nie przekonywało. W tym roku podczas zakupów opakowań na własnoręcznie kręcone kosmetyki postanowiłam zaryzykować i zakupiłam hydrolat z mięty bułgarski oferowany przez sklep ZróbSobieKrem.

Hydrolat nie jest drogi, bo 200 ml kosztuje 11 zł. A opis producenta pasował do moich oczekiwań. Hydrolat miętowy ma skórę odświeżać, tonizować, nawilżać, wzmacniać i delikatnie rozjaśniać. Zapach jest orzeźwiający - miętowy z delikatnie słodką nutką. Podoba mi się choć i tak wolę zapach naparu ze świeżo zerwanych listków mięty pieprzowej ;) Szczerze przyznam, że miętowy hydrolat w czasie upalnego lata to coś niesamowicie przydatnego. Przelałam hydrolat  do butelki z atomizerem i delikatnie rozcieńczyłam go wodą różaną, bo stosowany solo trochę drażnił moją twarz. Przez rozcieńczenie stał się delikatniejszy, ale nadal podczas aplikacji przyjemnie mrowił, schładzał i orzeźwiał. Co do właściwości pielęgnacyjnych to nic szczególnego nie zauważyłam - owszem ładnie chłodził, delikatnie nawilżał i tonizował, ale bez jakiegoś efektu Wow. Dodałam go też do mojej wcierki przeciwłupieżowej, którą stworzyłam wg własnego przepisu i stwierdzam, że udoskonalił jej działanie. Skóra głowy była bardziej nawilżona, ukojona i oczyszczona, a łupież szybciej zniknął ;) 

Powoli kończę ten hydrolat i jak na razie nie zamierzam kupić kolejnej buteleczki ale to tylko dlatego, że mam jeszcze tyle hydrolatów do wypróbowania, że życia mi nie starczy na poznanie wszystkich ;)

Lubicie hydrolaty ?
Jaki jest Wasz ulubiony ?; )

Yankee Candle shea butter

W końcu temperatura jest taka jak lubię. W końcu wieczorami można wyjść na spacer w polarze lub bluzie. W końcu !!! 
I choć czekają nas jeszcze 4 upalne dni to wiem, że już bliżej nam do mojej ukochanej jesieni niż gorącego, tropikalnego lata. Gdy temperatura na zewnątrz spada poniżej 18 stp. z przyjemnością wyciągam swoje kominki oraz woskowe zapasy Yankee Candle i delektuję się przeróżnymi aromatami. Jednym z moich najnowszych wosków jest wersja shea butter
Doskonale pamiętam pierwsze recenzje tego zapachu. 
Wtedy byłam pewna, że ten wosk nigdy u mnie nie zagości, bo mimo iż masło shea uwielbiam za działanie to nienawidzę jego zapachu. Woń czystego masła shea i oleju arganowego wywołuje u mnie mdłości. Nie przekonywał mnie opis producenta wg którego jest to wosk z linii zapachów rześkich. Jak dla mnie zapach masła shea absolutnie nie jest i nigdy nie będzie rześki. I tak też jest w przypadku tego wosku. Kupiłam go, bo zapach okazał się bardzo otulający, kremowy, ciepły i luksusowy. Absolutnie nie ma nic wspólnego z zapachem prawdziwego masła shea. Nic a nic!!! Kupiłam go stacjonarnie i sama nie wierzyłam, że kupuję zapach, który skreśliłam. Masło shea YC to piękny kremowy zapach, który kojarzy mi się z aromatami panującymi w SPA lub drogich butikach. Lubię go choć muszę z nim uważać, bo nie mogę mieć go podczas palenia blisko siebie. Niestety wywołuje u mnie ból głowy. Za to gdy palę go w jednym pokoju aromat roznosi się na całe mieszkanie i wierzcie mi na słowo jest to bardzo przytulny, domowy zapach który podoba się każdemu.
Obecnie delektuję się nim przy herbacie mimo, że kominek znajduje się w kuchni. Szczerze mogę napisać, że jest to jeden z przytulniejszych zapachów które mam i na pewno do jesieni nie doczeka, bo mam ochotę palić go w każdy chłodny, letni wieczór, a liczę, że teraz tylko takie będą ;p

Znacie ten zapach YC ? lubicie otulające aromaty ?

Bell waterproof top coat mascara

W sumie recenzję wodoodpornego top coatu do rzęs Bell powinnam zacząć od: "Uwaga bubel", ale, że znalazłam inne zastosowani do tego produktu to już na samym początku napiszę, że nie polecam.
Ale zacznijmy od początku....
Już od kilku lat szukałam produktu, który sprawiłby że moja ulubiona mascara stałaby się wodoodporna. Szukałam, marzyłam i nic. Dlatego też przetestowałam przeróżne tusze wodoodporne, ale ideału nie znalazłam. Aż do zeszłego miesiąca kiedy to w biedronkowej szafie Bell dostrzegłam waterproof top coat mascara
Pomyślałam " w końcu! po latach poszukiwań w końcu ktoś wpadł na pomysł stworzenia takiego produktu"! Nawet nie spojrzałam na cenę. Top coat do rzęs od razu wylądował w koszyku. I w sumie na tym koniec radości!
Już następnego dnia postanowiłam ten wodoodporny utrwalacz przetestować. Jak się okazało jest to bezbarwny żel w formie klasycznej mascary, który nakładamy na pomalowane wcześniej rzęsy.
Niestety ten top coat niesamowicie skleja rzęsy. Nie umiałam dojść z nimi do ładu i składu. Pajęcze nóżki gwarantowane ;/ Do tego mascara odbiła się na dolnej powiece jeszcze szybciej niż zazwyczaj więc nie dość, że rzęsy były sklejone to panda nadal się robiła i to bardzo szybko ;/ Z dalszymi eksperymentami poczekałam do weekendu kiedy to nałożyłam ten utrwalacz na niepomalowane rzęsy i... wyobraźcie sobie, że on tak skleił moje naturalne rzęsy, że za chiny ludowe nie umiałam ich rozczesać! Porażka na całej linii ;/
Już więcej nie próbowałam... Byłam pewna, że opakowanie wyląduje w koszu, bo tam jego miejsce, a mi tylko będzie żal, że wyrzuciłam kilka złotych. Jednak kilka dni później malując sobie brwi trochę przesadziłam z ilością cienia i musiałam nadmiar wyczesać. Pech chciał, moja spiralka spadła gdzieś na ziemię i przepadła. Na szybko z szuflady wyjęłam ten top coat i nim jako, że jest bezbarwny przeczesałam brwi i ... odkrycie! Do tego sprawdza się całkiem całkiem. Ładnie dyscyplinuje brwi przy czym nie można przeczesywać ich kilka razy, bo potem też skleja - wystarczy raz przejechać łuk i gotowe. Jednak nie zapewnia wodoodporności jedynie dyscyplinuje i wyczesuje nadmiar koloru.

Tak więc do rzęs przynajmniej moich absolutnie się ten wodoodporny utrwalacz nie sprawdza, bo skleja je niesamowicie i w ogóle nie zapewnia wodoodporności. Może jak ktoś ma krótkie rzęsy to aż tak ich nie skleja ? Nie wiem u mnie działa odwrotnie niż powinien. Za to do przeczesywania i ujarzmiania brwi się sprawdza, ale nadal nie zapewnia wodoodporności czy chociażby wodooporności. Skoro kupiłam to zużyję, ale na pewno już więcej na ten produkt nawet nie spojrzę na sklepowej półce.

Macie w swoich kosmetycznych zbiorach taki pseudo utrwalacz do rzęs ? ;>

Dove Relaxing Ritual

Jak wiecie uwielbiam lawendowe nuty. 
Dlatego też w mojej łazience jest bardzo dużo kosmetyków o lawendowym aromacie. A gdy jestem w sklepie i widzę coś nowego, w dodatku lawendowego to nie mogę przejść obok tego obojętnie. Gdy zobaczyłam,  że w ofercie żeli pod prysznic Dove pojawiła się nowość Relaxing Ritual Body Wash z olejkiem lawendowym i ekstraktem z rozmarynu kupiłam bez zastanowienia mimo, że akurat za żelami Dove nie przepadam
Producent obiecuje  relaksujący rytuał, który da wytchnienie zmysłom i pomoże zmyć stres całego dnia. I w sumie producent ma rację, bo zapach tego żelu jest niesamowicie relaksujący i wbrew pozorom bardzo naturalny. Nie mamy tu aromatu sztucznej lawendy czy czegoś mydlanego. Jest to zapach prawdziwego olejku lawendowego przełamanego zapachem rozmarynu.
Tak więc zapach tego żelu wart jest poznania, a fanki lawendy na pewno będą zadowolone ;) Poza tym, że żel fenomenalnie i naturalnie pachnie jest jeszcze fioletowy i po dodaniu lekko barwi wodę na lawendowy kolor ;)
Nie pieni się jakoś wybitnie, bo z tego co zauważyłam żele Dove nie są zbyt pieniące - one raczej dają delikatną piankę, która utula ciałko.
  Skład żelu jest typowo drogeryjny, ale ja tam nie mam z tym problemu. Tym bardziej, że moja skóra po kąpieli nie tylko przyjemnie pachnie, ale także jest miękka, oczyszczona i czuję się komfortowo ;)
 Tak jak już napisałam  -  nie jestem fanką żeli Dove, ale gdy do mnie jakiś trafi z przyjemnością go używam choć nie każdy zapach przypada mi do gustu. Zachwalany na blogach i yt kremowy żel o zapachu pistacji absolutnie nie przypadł mi do gustu i wręcz drażni mnie ta nuta. Za to wersja lawendowa to jak dla mnie poezja zapachu i polecam ją każdemu kto lubi relaksujące aromaty oraz uwielbia kąpiele z lawendową nutką ;)
Lubicie lawendowe kosmetyki ? ;>

Eveline maseczka aktywny węgiel z glinką wulkaniczną

Węgiel to ostatnio bardzo "modny" składnik kosmetyczny. Chyba już nie ma firmy, która w swojej ofercie nie ma węglowych kosmetyków. Eveline Cosmetics niedawno również wprowadziło serię - czarnych kosmetyków.
Jedną z nowości jest maseczka oczyszczająco - detoksykująca AKTYWNY WĘGIEL glinka wulkaniczna. Zadaniem tej glinki jest oczyszczenie i detoksykacja skóry, a także przywrócenie jej zdrowego kolorytu 
Według producenta maseczka przeznaczona jest do każdego rodzaju skóry również wrażliwej. Ja jednak wrażliwcom oraz osobom z problemem naczyniowym bym tej maseczki nie poleciła. 
Jest to mocna maseczka, bardzo dobrze oczyszczająca i silnie detoksykująca. Moja skóra przez pierwsze 3 minuty dość mocno piecze więc cery wrażliwe na pewno jeszcze bardziej odczują działanie tej maseczki.
Maseczka znajduje się w szklanym słoiczku i na pierwszy rzut oka wygląda jak krem. Z jednej strony jest to wygodne opakowanie, ale z drugiej maseczka dość szybko zasycha w takim opakowaniu i musimy się pospieszyć z jej używaniem. Producent sugeruje, że  opakowanie wystarczy na 12 zabiegów. Ja na razie użyłam maseczki 5 razy i to nie tak jak obiecuje producent 2/3 razy w tygodniu tylko raz na 2 tygodnie, a to dlatego że maseczka jest naprawdę mocna i tak częste stosowanie na pewno przesuszyłoby mi skórę
Maska jest ciemna, ale nie czarna. Już podczas aplikacji czuję mrowienie, które z biegiem czasu się nasila. Maksymalnie maseczkę mam 7 minut i po tym czasie 
muszę ją zmyć, bo po pierwsze dość mocno zastyga, a po drugie to szczypanie niekoniecznie jest przyjemne. Jednak obecność glinki wulkanicznej zawsze u mnie powoduje takie doznania ;p 
Działanie maski jest dobre - na pewno lepsze niż maseczki węglowe z Bielendy, ale zdecydowanie bardziej wolę wymieszać glinkę białą  z węglem. Skład maski węglowej z Eveline nie jest najgorszy choć kilka rzeczy można by było usunąć
Maska świetnie detoksykuje i oczyszcza skórę. Bardzo dobrze radzi sobie z nadmiernym błyszczeniem. Skóra jeszcze przez kilka dni ładnie zachowuje mat, ale też przez kilka dni po tej maseczce może na skórze pojawiać się więcej niedoskonałości przez to, że maska wyciąga to co zalega w skórze. Mimo wszystko nie jest to maska dla każdej cery. Ja polecam ją osobom z cerą tłustą, trądzikową i mieszaną, ale do stosowania punktowo np. na czoło i brodę. Niekoniecznie na całą twarz, a już na pewno ostrożnie na policzkach i w okolicach oczu (no chyba, że lubicie płakać). Lubię ten produkt, ale nie mam w planach zakupu kolejnej sztuki.

Lubicie węglowe kosmetyki ? 
Znacie nową serię z węglem aktywnym o d Eveline ?

Garnier Fructis Hydra Fresh

Szampony Fructis to były moje ulubione kosmetyki w LO.
Uwielbiałam ich boskie - owocowe zapachy oraz to jak radziły sobie z moimi puszącymi się włosami. Używałam tylko ich przez kilka dobrych lat jednak na studiach zauważyłam, że moje włosy przestały je lubić i coraz częściej pojawia się trudny do ogarnięcia łupież. Zrezygnowałam z tych szamponów na kilka lat, a późniejsze powroty nie były dobrze tolerowane. Pewnie nadal bym omijała szampony Fructis gdyby nie przesyłka z wizaz.pl
Do testów otrzymałam duet (szampon i odżywkę) Garnier Fructis Hydra Fresh na bazie wody kokosowej, który ma włosy wzmacniać, oczyszczać i nawilżać. Szampon przeznaczony jest do włosów przetłuszczających się z suchymi końcówkami, czyli dla mnie idealny
I mimo, że jest to szampon perlisty nie spowodował u mnie łupieżu. Fakt faktem nie używam go codziennie, bo jak Wam już pisałam moje włosy nie lubią być myte ciągle tym samym szamponem jednak używam go bardzo często a łupieżu nie ma. Co mnie oczywiście bardzo cieszy ;)
Tak jak zapewnia producent szampon bardzo dobrze włosy oczyszcza, ale ich nie przesusza, nie puszy, a w odczuwalny sposób nawilża i dyscyplinuje. Włosy są uniesione od nasady, elastyczne, niesamowicie błyszczące i miękkie  w dotyku. Są takie jak lubię dlatego chętnie po ten szampon sięgam.
Skład przeciętny, typowo drogeryjny, ale moje włosy takie składy lubią więc nie będę narzeka, a wręcz mogę szczerze napisać, że mi się podoba ;)

Ogólnie szampon bardzo dobrze się pieni, przecudownie pachnie owocami, a zapach utrzymuje się cały dzień. Włosy są oczyszczone, ujarzmione, miękkie i lśniące, a do tego w widoczny i odczuwalny sposób nawilżone ;) Lubimy się i to bardzo.

Z odżywką Hydra Fresh też się lubię, a wierzcie mi moje włosy jeśli chodzi o kosmetyki nakładane po umyciu są bardzo, ale to bardzo wybredne
Nie nakładam tej odżywki po każdym myciu (czyli codziennie), bo moje włosy tego ani nie potrzebują, ani nie lubią. Ale 2/3 razy w tygodniu mam ją na włosach i sobie chwalę.
Włosy to tej odżywce są bardzo wygładzone, ale nadal nie ulizane. Są też jedwabiście miękkie, błyszczące i faktycznie są mocniejsze. Oczywiście to wzmocnienie nie jest jakieś spektakularne, ale da się je odczuć.
Zapach odżywki to również duży plus tego kosmetyku i na wakacyjnych wyjazdach śmiało zastąpi ona perfumy ;)
Skład drogeryjny, jak dla mnie dobry.

Oba produkty Garnier Fructis Hydra Fresh bardzo polubiłam i śmiało mogę je polecić osobom, które nie wymagają od włosowych kosmetyków naturalnego składu. Jak dla mnie działanie i efekt wizualny jest bardzo dobry i pewnie kiedyś skuszę się jeszcze na inne warianty kosmetyków Fructis ;)

A Wy lubicie kosmetyki do włosów Garnier Fructis ?


Holika Holika żel aloesowy

Wiem, że o żelu aloesowym Holika Holika napisano już wiele. Ale dziś i ja muszę dodać mały wpis zachwalający ponieważ ten żel to dla mnie magiczny kosmetyk i uważam, że wart jest każdej złotówki!
Zacznę od opakowania, które od pierwszego wejrzenia skradło moje serce. Buteleczka wygląda jak aloesowy liść. No genialny pomysł! Jako, że jest to żel ma żelową konsystencję (wiem niczym Was nie zaskoczyłam), która błyskawicznie się wchłania, a delikatny zapach (niekoniecznie aloesowy) kojarzy mi się z czymś niesamowicie nawilżającym.
I ten żel jest niesamowici nawilżający, a do tego rewelacyjnie koi, łagodzi podrażnienia, przyspiesza gojenie ran, łagodzi trądzik i przynosi niesamowitą ulgę gdy słońce za bardzo pokocha się z naszą skórą!!!
Dla mnie ten żel to kosmetyczne odkrycie tego roku. Jest to fenomenalny i wielofunkcyjny kosmetyk. Można go używać na calutkie ciałko jak i włosy. Ja używam go zamiast kremu na dzień, bo fantastycznie się wchłania, wygładza skórę, nawilża ją i sprawia, że się o wiele mniej przetłuszcza. Dodatkowo współgra z każdym podkładem. Używam go również na noc jako serum pod oleje, dodaję go do kremów czy ser które robię dla siebie i najbliższych znajomych. Jest to kosmetyk dla każdej cery (chyba, że ktoś jest uczulony na aloes). Skład też ma bardzo, bardzo dobry!
Ja jestem tym żelem zachwycona i wiem, że jest to jeden z nielicznych kosmetyków, który zostanie ze mną na długo, bo obecnie nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez niego! A teraz najlepsze - cena ... za 250 ml aloesowe opakowanie żel, który ma w swoim składzie 99% ekstraktu z aloesu zapłaciłam 30 zł w stacjonarnej drogerii w Katowicach.

Ten żel kupiłam z ciekawości (zachęcona opiniami na blogach), a okazało się że kupiłam kosmetyczne wybawienie, które radzi sobie z moją kapryśną cerą i zapewnia jej maksymalne nawilżenia. Ja jestem jak najbardziej na TAK i szczerze Wam ten żel od Holika Holika polecam !!! ;)

Evree Pure Neroli normalizujący krem korygujący CC

Kosmetyki Evree cieszą się sporą popularnością i to nie tylko na blogach. 
Z tego co widzę w drogeriach też są często wybierane. Ja co prawda na razie miałam kontakt tylko z kilkoma ich produktami i nie każdy mi pasował, ale wiadomo - nie wszystko dla wszystkich. Gdy zobaczyłam w Rossmannie normalizujący krem korygujący CC z nowej serii Pure Neroli bardzo chciałam się z nim poznać i kupiłam go w sumie zaraz po tym jak pojawił się na drogeryjnych półkach.

Czy była to dobra decyzja ? Nie!!! A dlaczego tego zaraz się dowiecie.

Seria Pure Neroli przeznaczona jest do cer problematycznych, tłustych, mieszanych, trądzikowych.
Zadaniem kremu jest upiększenie niedoskonałej cery przy jednoczesnym zachowaniu lekkości makijażu. Producent obiecuje, że krem stopniowo zwalcza niedoskonałości i jednocześnie natychmiast poprawia wygląd skóry

Skład jak na kosmetyk drogeryjny jest niezły choć uważam, że normalna cena - 35 zł jest przesadzona i na pewno ten krem tyle wart nie jest.
Bardzo dużym minusem jest brak testera w sklepie. Wiadomo, że kremy BB i CC mają w sobie kolor i dobrze jest go widzieć przed zakupem. Ja kupiłam go w ciemno i to był mój błąd. Duży błąd. Jak się okazało krem jest ciemny i wpada w pomarańczę, a żeby tego było mało ciemnieje w ciągu dnia i po kilku godzinach na mojej dość jasnej cerze (choć już muśniętej słońcem) wygląda źle ;/
Niestety zdjęcia nie oddają faktycznego koloru. Mam wręcz wrażenie, że na zdjęciach moja twarz w tym kremie wygląda pięknie. 

Niestety rzeczywistość taka nie jest. Bo nie dość, że krem nie dopasowuje się do naturalnego odcienia skóry to jeszcze bardzo szybko zasycha i łatwo tworzy smugi. Wchodzi w załamania i podkreśla rozszerzone pory (czyli działa odrotnie niż obiecuje producent). Krycie ma minimalne (ale wiadomo, że krem czy to BB czy CC nie jest podkładem). Niby jest lekki, ale czuję go na skórze cały dzień do tego pozostawia takie lekko lepkie wykończenie. Brrr! w upalne dni nie jest to nic przyjemnego ;/ Dość szybko też się po nim świecę ;/ I co najgorsze zapycha ;/ Zauważyłam, że za każdym razem gdy mam na sobie ten krem to pod koniec dnia, albo na następny dzień wyskakują jakieś niedoskonałości ;/
Nie przekonał mnie ten krem do siebie i bardzo żałuję tych 35 zł które na niego wydałam. Próbuję go mieszać z podkładami, ale ciemnieje mimo wszystko i nadal lubi smużyć ;/ Nie wiem jak go wykorzystam, ale naprawdę jestem na ten krem zła i absolutnie go nie polecam!

Avon SUPER Shock Brights

Latem lubię gdy moje rzęsy są niebieskie. Już od kilku sezonów na czas wakacji (mimo, że w pracy) staram się zaopatrzyć w niebieską mascarę do rzęs. Przetestowałam już wiele i najmilej wspominam niebieski tusz do rzęs Flormar <recenzja klik> W tym roku zdecydowałam się na mascarę Avon superSHOCK Brights
Z avonem to ja się średnio lubię, ale ich kolorówka jest całkiem, całkiem, a z tego co wiem mascary super SHOCK cieszą się dobrymi opiniami. Wizualnie mascara od razu przypadła mi do gustu. Szczoteczka też jest taka jak lubię: silikonowa, duża, z ładnymi wypustkami wyczesującymi rzęsy.
I jeszcze ten kolor! W opakowaniu piękny, lekko neonowy niebieski, który niestety albo i stety na rzęsach aż tak intensywny nie jest. Konsystencja tuszu jest dość sucha i czujemy jak czeszemy rzęsy. 
Na rzęsach kolor widzimy pod światło albo w sztucznym oświetleniu. Co jest i plusem i minusem. Jak dla mnie jest to fajny tusz na lato, na wakacje gdy nie szaleje się z makijażem, a zawsze taka niebieska poświata na rzęsach to coś co zwraca uwagę ;) Jednak gdy komuś zależy na naprawdę niebieskich rzęsach to raczej z tego tuszu nie będzie zadowolony, bo efekt jest subtelny. Mnie się to podoba i z przyjemnością maluję rzęsy tym tuszem. A bardzo dużym plusem jest to, że tusz ten się nie osypuje i nie odbija. Wytrzymuje calutki dzień nawet podczas tych ekstremalnych upałów, które ostatnio są nawet minimalnie się nie odbił ;) A dla mnie to naprawdę coś rzadko spotykanego ;)
Z przyjemnością poznam inne warianty kolorystyczne tej mascary (o ile takie są) a także na pewno skuszę się na wersję klasyczną ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...